Niezwykła pasja Henryka Tuły. Mieszkaniec Dąbrowy ocalił historię Siemianówki
Początki poszukiwań Henryka Tuły wcale nie zwiastowały tak ogromnego rozmachu. Zaczęło się od prozaicznych, szkolnych trudności. – Zaczęło się od tego, że chciałem zebrać informacje o swojej rodzinie. Jeszcze jak chodziłem do szkoły, zdarzały się zadania, by opisać swoje losy, losy swojej rodziny. Nie miałem co napisać, bo mało się o tym rozmawiało w domu. Postanowiłem zacząć zbierać wiadomości jakieś 30 lat temu. To nie było łatwe, bo mój tata już nie żył, a mama niewiele pomogła – wspomina badacz.
Rodzice pana Henryka urodzili się w Siemianówce i to tam się poznali. W 1945 roku jego tata, wraz ze swoją matką, wyjechał do Doboszowic pod Kłodzkiem. Rok później ojczyste strony opuściła mama, osiadając początkowo w Dąbrowie. W 1947 roku wzięli ślub, a po przeprowadzce do Doboszowic doczekali się pięciorga dzieci – Henryk był najmłodszy.
Choć opowieści ze wschodu krążyły w powietrzu, przełomowy moment nastąpił znacznie później.
– Pojechaliśmy z żoną do starszej ciotki do Doboszowic. Chciała nam pokazać stare zdjęcia. Wyciągnęła kuferek i nagle zaczęła je na naszych oczach wrzucać do pieca. Przerwałem jej i poczułem, że to sygnał, żeby zacząć spisywać dzieje naszej rodziny – opowiada z przejęciem.
Drzewo genealogiczne sięgające 1650 roku
Aby poznać historię własnej rodziny, Henryk Tuła musiał najpierw odkryć dzieje samej Siemianówki. Zdobycie tej wiedzy wymagało tytanicznej pracy. Pan Henryk, człowiek całe życie pracujący fizycznie, w sile wieku nauczył się obsługi komputera. Wertował cyfrowe „Księgi wieczyste archidiecezji lwowskiej” (co dziś, ze względu na przepisy RODO, byłoby znacznie trudniejsze). Podróżował po Polsce – dotarł m.in. aż do Rewala, gdzie odnalazł jednego z krewnych. W poszukiwaniach mocno wspierał go również wrocławski adwokat Bolesław Bednarski, który wraz z siostrą Zofią dzielił miłość do pozostawionej po wojnie Siemianówki. – Wciągnęło mnie to nieprawdopodobnie. Nie ma dnia, żebym nie poświęcił choćby godziny na to zbieranie materiałów – przyznaje mieszkaniec Dąbrowy.
„Kainowy dzień” i tajemnice Siemianówki
Badania doprowadziły go do niezwykłych faktów. Dowiedział się, że Siemianówka była bogatą wsią królewską, założoną w XVII wieku przez ród Potockich, dostarczającą żywność do Lwowa. Sielskie życie zrujnowała II wojna światowa.
Szczególnie bolesny był 26 lipca 1944 roku, nazwany w historii wioski „Kainowym dniem”. Wtedy to ukraińscy esesmani z SS Galizien przeprowadzili krwawą pacyfikację. W masakrze, która trwała zaledwie kilka godzin, zginęło 33 Polaków (w tym 15 w publicznej egzekucji), a 100 zagród spłonęło. W płomieniach zginęli krewni pana Henryka – Jan i Tomasz Tułowie, a ich gospodarstwo przestało istnieć.
Historia kryje jednak również jasne punkty. Pan Henryk odkrył, że siemianowskie rodziny uratowały w czasie wojny aż 34 Żydów, choć za swoje czyny nigdy nie doczekali się drzewek „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”. Z kolei w drzewie genealogicznym żony Alicji natrafił na historię jej pradziadka, który w czasie I wojny światowej uratował podczas przeprawy przez rzekę tonącego niemieckiego żołnierza o imieniu… Adolf.
Fotografie, które ożywiły umarłych
Owocem mrówczej pracy Henryka Tuły są dwie obszerne publikacje „Siemianówka koło Lwowa w obiektywie aparatu”. Na ich kartach dawni mieszkańcy ożywają na nowo. Są tam zdjęcia z rodzinnych uroczystości i spotkań, a także fotografie z 1946 roku z Doboszowic, gdzie przesiedleńcy – tuż obok wciąż mieszkających tam Niemców – zdążyli już wystawić teatr z przedstawieniem „Wesele krakowskie”.
Wiele przedwojennych kadrów to zasługa Stanisława Tuły, wuja Henryka, który był zamożnym lwowskim krawcem i fotografem-amatorem. Swoimi zbiorami podzielili się też Bronisław Szachnowski, Julian Sidziński oraz Anna Wojciechowska Sztabłowa ze Szczerca. Ogromnym wsparciem i surowym recenzentem pracy był wspomniany już Bolesław Bednarski.
Tysiąc osób na spotkaniu
Po wojnie ocaleni z Kresów trafili m.in. do Przemkowa, Oleśnicy, Doboszowic, okolic Wrocławia i Dobroszyc. Z czasem odrodziła się w nich potrzeba wspólnoty. Pierwsze spotkanie zorganizowano w 1980 roku w Gądowie Wielkim – wzięło w nim udział około 40 osób. Zdecydowano, by widywać się co roku w ostatnią niedzielę lipca w Doboszowicach. – Rok później było nas już blisko tysiąc. Wielu widziało się po raz pierwszy od czasu wojny. To było bardzo wzruszające spotkanie– wspomina Henryk Tuła.
Z czasem zjazdy organizowano nawet cztery razy w roku (z okazji św. Marcina, świąt wielkanocnych, opłatka i pod koniec lipca). Pan Henryk od 2000 roku uczestniczy w nich systematycznie. – Do pandemii spotykaliśmy się bardzo często – opowada. – Teraz trochę rzadziej, ale spotkania w lipcu i przy opłatku są dla wielu z nas niemal obowiązkowe.
Z kronikarskiej potrzeby, ale też chęci spisania historii dla potomnych, pan Henryk zebrał też w osobną publikację historię Dąbrowy, gdzie kilka lat po wojnie osiedliła się jego rodzina. W kolejnych artykułach zaprezentujemy część jego wspaniałych zbiorów.