Arystokrata ducha z Wileńszczyzny. Jak Bronisław Grażewicz zbudował świat z powojennych zgliszcz
Aby zrozumieć skalę wyzwania, przed jakim stanął Bronisław Grażewicz, trzeba cofnąć się do pierwszych miesięcy 1945 roku. Okolice Wszystkich Świętych były dotąd światem niemieckim. W każdej wsi funkcjonował dobrze prosperujący majątek ziemski, a połowę lokalnej ludności stanowili wyrobnicy dworscy. Życie towarzyskie i gospodarcze kręciło się wokół jednego lub dwóch sklepów oraz obowiązkowej knajpy. Grażewicz w swoich zapiskach wspominał bez ogródek, że kultura umysłowa tej ludności była niska.
Wszystko zmieniło się 22 stycznia 1945 roku, gdy w rejon błyskawicznie wkroczyła Armia Czerwona. Niemcy uciekali w popłochu, zabierając jedynie podręczne tobołki. Zostawili cały inwentarz żywy i martwy, w pełni urządzone mieszkania. Co uderzające w relacjach pierwszego kierownika – zniszczenia, które dotknęły te tereny, nie były bezpośrednim skutkiem działań frontowych. Prawdziwa dewastacja nadeszła dopiero po zajęciu okolicy przez wojska radzieckie. To wtedy zaczęły się grabieże, szabrownictwo i bezmyślne niszczenie mienia.
W taką rzeczywistość wkroczyli polscy osadnicy. Wśród nich pani Krystyna Jednoróg, jedna z pierwszych osób na tych terenach, która zapamiętała Grażewicza jako człowieka wyróżniającego się niezwykłą klasą. Nazwała go „Arystokratą ducha” – i to miano przylgnęło do niego na zawsze.

Oficer, który uciekł z transportu do oflagu
Bronisław Grażewicz przyniósł ze sobą na Dolny Śląsk bagaż doświadczeń historycznych. Urodził się 2 grudnia 1898 roku w Gawienianach na Wileńszczyźnie – w regionie o silnie rozwiniętym życiu kulturalnym i głębokich tradycjach oświatowych. Otrzymał staranne wychowanie i średnie wykształcenie pedagogiczne. Jego patriotyzm został szybko zweryfikowany przez historię. Jako dwunastoletni młodzieniec w 1918 roku wstąpił do Samoobrony Wileńskiej, a następnie zasilił szeregi 29 Dywizji Piechoty Wojska Polskiego. Walczył w wojnie polsko-bolszewickiej, wykazując się taką odwagą, że w latach 1922–1924 został trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych.
W okresie międzywojennym skupił się na pracy pedagogicznej. Został członkiem Związku Nauczycielstwa Polskiego i oficerem rezerwy. Za wybitne osiągnięcia oświatowe Kurator Okręgu Wileńskiego przyznał mu Brązowy Medal za Długoletnią Służbę. W tym samym czasie ożenił się z Jadwigą Czenis – również nauczycielką, która miała stać się jego najbliższą towarzyszką w najtrudniejszych chwilach.
Gdy wybuchła II wojna światowa, Grażewicz w stopniu podporucznika dowodził kompanią 45 Dywizji Piechoty. Podczas dramatycznych walk kampanii wrześniowej spotkała go osobista tragedia – niemiecki czołg przejechał i zmiażdżył mu nogi. Ciężko ranny oficer trafił do niewoli. Jednak jego niezłomny charakter dał o sobie znać w sierpniu 1941 roku. W jego zapiskach czytamy „W czasie wywożenia do oflagu niemieckiego zbiegłem w Ostrowcu Świętokrzyskim”.
Po brawurowej ucieczce przedostał się na rodzimą Wileńszczyznę. Tam natychmiast wstąpił do Armii Krajowej. Pod pseudonimem „Andrzej” dowodził plutonem w szeregach legendarnego Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka”. Od czerwca 1941 do lipca 1944 roku prowadził intensywną walkę konspiracyjną, wywiadowczą i sabotażową w ramach VI Brygady AK. Był jednym z głównych organizatorów tajnej placówki wywiadowczo-dywersyjnej w rejonie Oran.
Koniec wojny nie przyniósł mu jednak zasłużonego spokoju. Zmiana granic państwowych oraz brutalne represje nowej władzy wobec żołnierzy Armii Krajowej zmusiły małżeństwo Grażewiczów do opuszczenia ukochanej Wileńszczyzny. W maju 1945 roku wsiedli do wagonu przesiedleńczego i ruszyli w nieznane, na Dolny Śląsk.
Pierwszy dzwonek w pustych ścianach
Kiedy Grażewiczowie dotarli do miejscowości Wszystkich Świętych, musieli ułożyć sobie życie na nowo. Być może w ich sercach tliła się nadzieja: „Zamieszkaj tu – tu będzie twój dom, tu dorosną twoje dzieci, tu jesteś bezpieczny”. Budynek szkolny, wzniesiony przez Niemców w 1879 roku, przetrwał wojnę, ale jego stan był opłakany. Szyby w oknach zostały bezmyślnie poprzestrzelane z pistoletów, część ram okiennych skradziono, a drzwi wyłamano. Wewnątrz nie było nic oprócz starych ław szkolnych.

Mimo to, już 5 listopada 1945 roku, szkoła oficjalnie ruszyła. Warunki były spartańskie. 56 dzieci stawiło się na zajęcia. Utworzono trzy zespoły klasowe obejmujące poziomy od I do V. Nauka odbywała się całkowicie bez podręczników, których nie dało się wówczas nigdzie kupić.
Nauczyciele byli skrajnie przeciążeni wymiarem godzin. Dodatkowym problemem okazał się poziom edukacyjny uczniów. Dzieci repatriantów przybywały ze szkół sowieckich i miały ogromne braki w wiedzy. Grażewicz musiał podjąć niepopularną decyzję o cofnięciu wielu z nich do niższych klas, co wywołało ogromne niezadowolenie i frustrację wśród rodziców.
Pierwszy rok szkolny zakończył się 28… czerwca 1946 roku w sali domu ludowego. Był to sukces okupiony twardą pracą, ale i symbolem tamtych czasów – dzieciom nie wydano świadectw, ponieważ w całej gminie brakowało odpowiednich blankietów.
Osobista tragedia i walka z bezwzględną materią
Goryczy tamtego pionierskiego okresu dopełniła osobista tragedia. W 1946 roku umiera Jadwiga Grażewicz – ukochana żona Bronisława i pierwsza nauczycielka szkoły. Kierownik został sam na placówce, ale nie złożył broni. Niedługo później dołączył do niego brat zmarłej żony, Henryk Czenis, również pedagog, który stał się dla Grażewicza kluczowym oparciem. Problemy potęgował gwałtowny przyrost naturalny. Przez masowy napływ osadników zza Buga liczba dzieci w wieku szkolnym wzrosła nagle prawie czterokrotnie. Trzyizbowy budynek przestał wystarczać. W sierpniu 1947 roku nauczyciele zdołali własnym sumptem odremontować dwie dodatkowe izby lekcyjne w budynku byłej parafii ewangelickiej.

Zarząd gminy nie wykazywał żadnego zainteresowania placówką. Cały ciężar utrzymania szkoły spadł na społeczność, a w szczególności na sołtysa Pawłowskiego. Budżetu nie było. Dziury w dachach łatali sami nauczyciele. Za symboliczną opłatą udało się zatrudnić jednego z pozostałych w okolicy Niemców, który naprawił wyłamane drzwi w toaletach, bramy oraz zniszczone płoty. Pomocy dydaktycznych nie było wcale – jedynym ratunkiem okazały się cztery niemieckie mapy odkupione od radzieckich żołnierzy, które po adaptacji nadawały się do użytku.
Zima przełomu 1946 i 1947 roku okazała się bezwzględna. Pierwszego marca 1947 roku termometry za oknami szkoły wskazywały mróz sięgający -18°C. Od Nowego Roku odnotowano tylko jeden dzień odwilży – reszta to nieustanne zamiecie i potężne mrozy. Szkoła nie miała opału. Nauczyciele za własne pieniądze kupili drewno w Nadleśnictwie Sycowskim (gmina z ogromnym oporem i opóźnieniem refundowała te rachunki), ale z powodu gigantycznych zasp śnieżnych nie dało się go przywieźć z lasu oddalonego o pięć kilometrów. Z powodu zimna i braku węgla placówka musiała całkowicie zawiesić zajęcia na osiem dni.
Promykiem normalności stał się marzec 1947 roku, kiedy gromada Wszystkich Świętych została podłączona do głównej linii wysokiego napięcia. Wieś otrzymała światło i siłę elektryczną. Co ciekawe, przyspieszenie tej inwestycji nie było zasługą urzędników, ale przedsiębiorczości Kazimierza Mielcarka, dzierżawcy państwowego młyna, który potrzebował prądu do uruchomienia napędu elektrycznego.
Absurdy stalinizmu: bitwa o gnojowisko
W roku szkolnym 1952/1953 sytuacja materialna teoretycznie się ustabilizowała. Sale lekcyjne zostały odświeżone, sprzęty naprawione, a nauczyciele otrzymali mieszkania służbowe w budynkach szkolnych (mogli też odpłatnie kupić tonę węgla). Szkoła dysponowała sporym terenem o powierzchni 2,5 hektara, na który składały się dwa budynki szkolne, ogród, park, stodoła, stajnia oraz szopa z toaletami.
Wtedy jednak uderzył w nich absurd stalinowskiej kolektywizacji rolnictwa. W czerwcu 1953 roku nowo powstała rolnicza spółdzielnia produkcyjna bezprawnie zajęła 3/4 szkolnej stodoły i prawie całą stajnię.

Wcześniej z budynków tych korzystali indywidualni rolnicy, którzy płacili za to składki na Społeczny Fundusz Szkolny. Spółdzielcy sprowadzili tam zwierzęta, zamieniając szkolne podwórko w bazę gospodarczą. Grażewicz pisał o tym z wyraźnym oburzeniem: „Dziedziniec szkoły jest więc bazą gospodarczą, jest pastwiskiem i składnicą gnoju. Z dziedzińca tego – jako terenu rekreacyjnego – szkoła z tego powodu nie może korzystać”.
Dopiero stanowcza postawa kierownika i interwencja Prezydium Gminnej Rady Narodowej, które usunęło ze szkolnych budynków dwie nieprawnie zajmujące je rodziny gospodarskie, pozwoliły szkole w pełni odzyskać swoje obiekty i przywrócić dziedzińcowi jego pierwotną, rekreacyjną funkcję.
Socjologiczny przełom
Kroniki szkolne prowadzone przez Grażewicza są także fascynującym zapisem powojennej zmiany mentalności polskiego społeczeństwa. Ewolucja ta dokonywała się powoli, a każdy etap niósł za sobą zupełnie nowe wyzwania społeczne. W pierwszych latach po wojnie, czego jaskrawym przykładem był rok szkolny 1948/1949, w zapiskach kierownika dominowało rozczarowanie skrajną biernością osadników. Rodzice wykazywali wówczas całkowity brak zainteresowania nauką oraz wychowaniem swoich dzieci, przejawiając wręcz apatyczny stosunek do wszelkich poczynań szkoły. Nawet Komitet Rodzicielski nie potrafił wykrzesać z siebie należytej inicjatywy, przez co zupełnie nie spełniał swojej roli jako naturalna „transmisja” między domem a placówką.

Wyraźny zwrot nastąpił na początku lat 50. W roku szkolnym 1950/1951 kronikarz z satysfakcją odnotował, że ludność zaczęła odnosić się do szkoły z zaufaniem. Nie zdarzył się ani jeden wypadek wrogości czy niechęci z powodu konieczności regularnego posyłania dzieci na lekcje – mieszkańcy w całości zaczęli doceniać doniosłość powszechnej oświaty. Choć Komitetem Rodzicielskim wciąż trzeba było kierować odgórnie, to jednak zaczął on wreszcie spełniać swoje zadania. Ceną tego awansu cywilizacyjnego był jednak niski poziom poszanowania wspólnego mienia. To właśnie w tym okresie okoliczni mieszkańcy bezpowrotnie zdewastowali i wycięli piękny lokalny park-rezerwat, pozostawiając po nim jedynie bezładną porębę. Ponadto we wsi panował zastój – nie było widać, by ktoś budował coś nowego.
Pełen sukces wychowawczy przyniósł dopiero rok szkolny 1962/1963. Po osiemnastu latach żmudnej pracy u podstaw szkoła stała się głównym i niepodważalnym centrum oświaty oraz kultury w regionie, ciesząc się głębokim szacunkiem i bezgranicznym zaufaniem. Przez blisko dwie dekady nikt nie wystąpił bezpośrednio ani pośrednio przeciwko działalności placówki. Doszło wtedy do unikalnego przełomu socjologicznego: mimo że większość lokalnego społeczeństwa wyznawała światopogląd religijny (określany w kronikach jako idealistyczny), rodzice w pełni akceptowali i szanowali świecki charakter szkoły. Na tej płaszczyźnie nigdy nie dochodziło do nieporozumień, co Grażewicz uznał za dowód na to, że dawne, zacofane i przestarzałe pojęcia ustąpiły miejsca nowoczesnemu myśleniu wspólnotowemu.
Sam Grażewicz budował ten autorytet własnym życiem. Choć zmiażdżone przez czołg nogi sprawiały mu ogromny ból, nigdy nie okazywał słabości przed uczniami. Konsekwentnie unikał dzielenia się z młodzieżą brutalnymi wspomnieniami wojennymi – uważał, że należy chronić ich wrażliwość i uczyć ich patrzeć w przyszłość.
Dziedzictwo, które dorastało
Bronisław Grażewicz zmarł 6 grudnia 1982 roku i został pochowany na cmentarzu we Wszechświętem. Nie pozostawił po sobie żadnych biologicznych potomków ani krewnych. Pod koniec życia jego największym pragnieniem było formalne przekazanie własnej ziemi na potrzeby szkoły – ostatecznie, ze względów formalno-prawnych tamtych lat, grunt ten przeszedł na rzecz Skarbu Państwa.
Mieszkańcy nie zapomnieli jednak o swoich pierwszych nauczycielach. Do dziś z nostalgią dbają o groby Jadwigi i Bronisława Grażewiczów oraz Henryka Czenisa. Co ważniejsze – ziarno samorządności i odpowiedzialności za dobro wspólne, które zasiał stary kierownik, wydało wspaniałe owoce pod koniec lat 80. To właśnie wtedy rodzice uczniów – na czele z Janem Proniewiczem oraz Michałem Jednorogiem (który bezpłatnie sporządził projekt architektoniczny) – wyszli z inicjatywą budowy zupełnie nowej szkoły. Nauczyciele wraz z ówczesną dyrektor Lucyną Kollinger ruszyli w teren, zbierając dobrowolne składki od mieszkańców całego okręgu szkolnego. Oficjalna budowa ruszyła w 1988 roku dzięki wsparciu naczelnika Kazimierza Rytkowskiego, gminnej inspektor oświaty Czesławy Olejnik oraz dyrektora szkoły Marka Sycza.
Projekt zakładał jednopiętrowy gmach łączący dwa stare budynki. Miało w nim powstać jedenaście sal lekcyjnych, nowoczesne sanitariaty oraz sala gimnastyczna. Kryzys finansowy schyłku PRL wymusił jednak rezygnację z sali gimnastycznej na rzecz adaptacji strychu na dodatkową kondygnację użytkową. Nowy obiekt uroczyście oddano do użytku 6 września 1993 roku.
Marzenie o sali gimnastycznej jednak nie umarło. W 1999 roku ówczesna dyrektor Agnieszka Chanusiak powróciła do tego pomysłu. W roku szkolnym 2003/2004 udało się połączyć dwa tradycyjne pomieszczenia klasowe, tworząc pierwszą, zastępczą przestrzeń do ćwiczeń. W 2012 roku, za kadencji dyrektora Grzegorza Pfeiffera wspólnym wysiłkiem szkoły, samorządu, mieszkańców oraz lokalnych strażaków wybudowano nowoczesną, pełnowymiarową halę sportową, którą zintegrowano w jednym nowoczesnym obiekcie ze świetlicą wiejską oraz remizą Ochotniczej Straży Pożarnej.
Gdy w 2015 roku, pod dyrekcją Iwony Noworyckiej, szkoła uroczyście świętowała swoje 70-lecie, nikt nie miał wątpliwości, skąd bierze się dzisiejsza niezwykła specyfika Wszechświętego – ich słynna sąsiedzka samopomoc, gościnność, głęboki szacunek dla starszych oraz wrażliwość na potrzeby najmłodszych. Wszystko to są żywe, namacalne owoce pracy człowieka, który w listopadzie 1945 roku, w zimnej klasie bez okien i podręczników, zaczął uczyć polskie dzieci pisać i czytać. Obecnie samorząd planuje kolejną wielką inwestycję przy placówce – nowoczesne, wielofunkcyjne boisko sportowe, które powstanie tuż obok parku za szkołą. Świat idzie naprzód, ale jego fundament we Wszechświętem wciąż nosi imię Bronisława Grażewicza.