Tragedia przy Bratniej. Wspomnienie po latach
Tamtej nocy ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. – Gdy otworzyliśmy drzwi na korytarz, nie dało się już wyjść z mieszkania. Syn lekko się poparzył. Zaczęliśmy krzyczeć przez okno i ludzie na szczęście zareagowali – wspominała uratowana z pożaru Wiesława Mazgaj. Jej pięcioosobową rodzinę strażacy ewakuowali z poddasza od strony podwórka, podstawiając drabinę. Udało się ich ocalić, lecz dramat tej nocy na zawsze naznaczył ich życie. W płomieniach zginęła spokrewniona z nimi Maria Piasecka wraz z mężem i synem.
– Na naszych oczach sąsiedzi spalili się żywcem – mówili wstrząśnięci mieszkańcy. Mimo upływu lat emocje nie wygasły. – Minęło tyle czasu, ale o tym, co nas wtedy spotkało, nie da się zapomnieć – podkreśla Krystyna Słowiakowska.

Dramat mieszkańców kamienicy przy Bratniej
Pani Krystyna nadal mieszka przy Bratniej. Przyznaje, że od tamtej tragedii wszystkie najważniejsze dokumenty trzyma w jednym miejscu. – Człowiek ma zakodowane, że gdyby coś się działo, trzeba chwycić papiery i uciekać – mówiła. Choć ogień nie dotarł do jej mieszkania na parterze, zostało ono doszczętnie zalane podczas akcji gaśniczej. Na dwa lata musiała się wyprowadzić. – Obiecywano kilka tygodni, a trwało to długie miesiące. W wynajętym mieszkaniu nie miałam nic swojego, ubrania trzymałam w workach w piwnicach gimnazjum numer dwa – wspominała podczas naszej rozmowy w 2014 roku.
Kamienica przy Bratniej była dla wielu czymś więcej niż tylko adresem. Tu rodziły się dzieci, tu świętowano rodzinne uroczystości, tu sąsiedzi spędzali wspólnie czas. – Tamtego domu sprzed lat, gdy byliśmy tak blisko siebie, już nie ma – mówił Wiesława Mazgaj. – Nam udało się uciec, Marysi już nie.

Ofiary pożaru z 17 na 18 lutego 2004 roku
W pożarze zginęli: Maria Piasecka, jej 13-letni syn i mąż Leszek, małżeństwo Ewa Krasowska i Witold Stodulski oraz 48-letni mężczyzna, którego ciało znaleziono na schodach. Ówczesny komendant Państwowej Straży Pożarnej w Oleśnicy Zbigniew Kania, relacjonując dramatyczny przebieg akcji ratunkowej mówił: ratownikom zabrakło czasu i możliwości dotarcia do wszystkich uwięzionych osób.
Według ustaleń ogień zaprószono w mieszkaniu na poddaszu, gdzie tamtego wieczoru trwała zakrapiana alkoholem impreza. Główny lokator miał wcześniej nakaz eksmisji. Jedna z mieszkanek wspominała, że gdy budynek już płonął, mężczyzna zbiegł po schodach, nie ostrzegając sąsiadów. Wielu lokatorów już wcześniej zgłaszało obawy związane z libacjami odbywającymi się w tym lokalu.
Śledztwo w sprawie pożaru zostało ostatecznie umorzone. Nikomu nie postawiono zarzutów. Mieszkańcy długo czuli żal i bezsilność. – Straciliśmy niemal cały dorobek życia. Potrzebowaliśmy wsparcia – mówili.

Pamięć o tragedii w Oleśnicy
Dziś w kamienicy przy Bratniej mieszkają także nowe rodziny, niezwiązane z tragedią sprzed lat. Jednak dla dawnych lokatorów to miejsce wciąż budzi silne emocje. – Nie ma roku, żebym nie zajrzała w stare kąty – mówią. Inni dodają, że tamtej Bratniej, pełnej sąsiedzkiej bliskości i wspólnoty, już nie ma.
Tragedia przy ul. Bratniej pozostaje jednym z najczarniejszych rozdziałów w historii Oleśnicy i na zawsze będzie przestrogą oraz bolesnym wspomnieniem.



Materiał powstał na bazie mojego artykułu,
który został opublikowany w tygodniku „Oleśniczanin” w lutym 2014 roku