Między Kościołem, domem i społecznym działaniem. Historia Lidii Nowakowskiej
Jak odkrywała Pani swoje miejsce i powołanie u boku męża–pastora?
Odkrywanie mojego miejsca było pewnym procesem. Jestem nie tylko żoną pastora, ale dorastałam także jako córka pastora, więc od dziecka widziałam, jak wygląda życie Kościoła „od kuchni” – znałam blaski i cienie tej służby. Kiedy mój mąż został pastorem, początkowo wydawało mi się, że jestem przygotowana… ale szybko okazało się, że bycie córką pastora to zupełnie co innego niż bycie jego żoną. Teoria teorią, a praktyka zaczyna się wtedy, gdy to do ciebie ktoś dzwoni w niedzielę o 21:00 z prośbą o pomoc (śmiech).
Stopniowo rozumiałam też, że nie jestem powołana do kopiowania modelu moich rodziców, ale do odnalezienia własnej drogi – zgodnej z moją osobowością i darami. Z czasem zaczęłam zauważać, w jakich przestrzeniach czuję się naturalnie i gdzie moje serce bije najmocniej – w pracy z kobietami, w grupie uwielbienia, w organizowaniu różnych wydarzeń, w nauczaniu. Tam pojawiała się radość i pokój, które były dla mnie potwierdzeniem właściwego kierunku.
Wierzę, że odkrywanie powołania wymaga bliskiej relacji z Bogiem, cierpliwości wobec siebie i odwagi, by próbować różnych rzeczy. Nie wszystko widać od razu – czasem dopiero w działaniu odkrywamy, co naprawdę jest nasze.
Dziś wiem, że moje miejsce u boku męża nie jest przypadkiem. To wspólna droga i cieszę się, że mogę być jej częścią.

Co jest dla Pani największym wyzwaniem, a co największą radością w tej roli?
Największym wyzwaniem w tej roli jest chyba znalezienie równowagi pomiędzy byciem „dla wszystkich”, a dbaniem o małżeństwo, rodzinę, pracę zawodową i własne pragnienia. Życie u boku męża–pastora sprawia, że w naturalny sposób jesteśmy bardzo dostępni dla ludzi. Czasem trudno oddzielić życie prywatne od służby, znaleźć przestrzeń na odpoczynek czy zwyczajne bycie razem. Wyzwaniem bywa też świadomość, że inni patrzą, mają oczekiwania, czasem wyobrażenia na temat tego, jaka „powinna” być żona pastora. Uczę się, że nie mogę żyć oczekiwaniami ludzi – że moją odpowiedzialnością jest przede wszystkim wierność Bogu i temu, co wierzę, że On ode mnie oczekuje.
Drugim wyzwaniem jest to, że często nosimy w sercu historie i ciężary innych. Towarzyszenie ludziom w ich trudnościach to ogromny przywilej, ale też odpowiedzialność. Oddajemy Bogu w modlitwie to, czego sami nie jesteśmy w stanie unieść.
Największą radością jest natomiast możliwość obserwowania, jak Bóg działa w życiu ludzi. Kiedy widzę ich nawrócenia, przemiany i duchowy wzrost – czuję ogromną wdzięczność, że mogę być częścią tego, co Bóg czyni. Radością jest też wspólna służba z mężem – świadomość, że idziemy w tym samym kierunku, że możemy się wspierać, modlić za siebie i razem doświadczać Bożej wierności.
Ogromną radość daje mi też budowanie relacji z innymi. Spontaniczne rozmowy z ludźmi, którzy stają się jak rodzina, wspólny posiłek, śmiech przy stole – to są naprawdę piękne chwile. To świadomość, że nasz dom może być miejscem otwartym, bezpiecznym, że przy naszym stole ktoś może znaleźć wsparcie.
Jak wygląda codzienność żony pastora „od kuchni”, o której często się nie mówi?
Codzienność żony pastora jest znacznie bardziej zwyczajna, niż wielu osobom się wydaje. Z zewnątrz może brzmieć trochę „wyjątkowo”, ale w praktyce jest to życie bardzo podobne do życia wielu kobiet – z tą różnicą, że oprócz pracy zawodowej i spraw domowych pojawia się jeszcze służba w kościele.
Mój dzień często zaczyna się wcześnie. Lubię mieć chwilę ciszy, zanim zacznie się codzienny pośpiech – to mój czas na modlitwę, Biblię i kawę. Ten moment pomaga uporządkować myśli i daje siłę na cały dzień.
Potem zaczyna się zwyczajność, czyli praca zawodowa. W pracy jestem po prostu koleżanką z biura, która stara się dobrze wykonywać swoje obowiązki. Niewiele osób widzi tę drugą część mojego życia – związaną ze służbą w kościele.
Po pracy zaczynam „drugi etat” – domowy i kościelny. Mamy dwoje dorosłych dzieci, ale jak wiadomo, dzieci zawsze pozostają ważną częścią życia rodziców. Cieszymy się bardzo dobrą relacją z nimi i staramy się nadal być obecni w ich codzienności.
Podczas jednej z konferencji zażartowałam kiedyś, pytając ze sceny: „Jak nazywa się kobieta, która co niedzielę chodzi do pracy swojego męża?” Odpowiedź brzmiała – pastorowa. Od żony pastora często oczekuje się, że nie tylko pojawi się w miejscu pracy męża, ale że będzie się tam aktywnie udzielać – najlepiej charytatywnie i oczywiście bez umowy o pracę (śmiech).

Bo gdzieś pomiędzy tym wszystkim jest służba. Żona pastora rzadko bywa tylko „żoną pastora”. Często jest osobą, która pomaga w organizacji spotkań, prowadzi rozmowy, modli się z ludźmi, angażuje się w muzykę czy w działania wspólnoty. Czasem jest to także bardzo prosta, ale niezwykle ważna rola – wysłuchać kogoś i po prostu być obok.
Życie w służbie ma jednak swoją specyfikę. W pewnym sensie jest ono bardziej publiczne niż życie wielu innych rodzin. Nasza prywatność bywa ograniczona, bo ludzie często patrzą na nas jak na osoby, które powinny być zawsze dostępne, gotowe do rozmowy czy pomocy. Z czasem człowiek uczy się jednak zachowywać równowagę między życiem osobistym a służbą.
W moim przypadku dochodzi jeszcze działalność społeczna jako prezesa stowarzyszenia Oleśnickie Forum Kobiet. Wiąże się to z dodatkowymi spotkaniami, wyjazdami na konferencje i prowadzeniem wykładów.
To wszystko sprawia, że moje życie bywa intensywne. Często jednak mówię pół żartem, pół serio, że wolę się dla Boga spalić, niż zardzewieć. Dzięki Bogu, w moim życiu jest dużo sensu i satysfakcji.
Co według Pani jest dziś największą potrzebą kobiet w Kościele?
Myślę, że dziś jedną z największych potrzeb kobiet w Kościele jest bezpieczna przestrzeń do bycia sobą – bez masek, bez udawania, bez presji, że muszą być „wystarczająco ładne”, „wystarczająco duchowe” czy „wystarczająco silne”. Kobiety bardzo często noszą w sobie ogrom odpowiedzialności za dom, rodzinę, pracę, relacje. Wiele z nich potrzebuje miejsca, w którym same mogą zostać wysłuchane i otoczone troską.
Widzę też ogromną potrzebę głębokich, autentycznych relacji między kobietami. Nie powierzchownych rozmów, ale prawdziwego towarzyszenia sobie w wierze i codzienności. Kobiety potrzebują wspólnoty, w której mogą dzielić się zarówno radościami, jak i wątpliwościami – bez obawy przed oceną.
Kolejną ważną potrzebą jest odkrywanie własnej tożsamości w Bogu. W świecie pełnym sprzecznych oczekiwań – jaką być kobietą, matką, żoną, liderką – łatwo się pogubić. Dlatego tak ważne jest przypominanie, że nasza wartość nie wynika z roli, którą pełnimy, ani z liczby zadań, które wykonujemy, ale z tego, kim jesteśmy w oczach Boga. Z tej tożsamości rodzi się zdrowa służba i dojrzałe zaangażowanie.
Myślę też, że kobiety w Kościele potrzebują zachęty do rozwijania swoich darów i odwagi, by z nich korzystać. Czasem potrzeba kogoś, kto powie: „Widzę w tobie potencjał. Twój głos ma znaczenie”. Kiedy kobieta odkrywa swoje miejsce i zaczyna służyć zgodnie z tym, do czego została obdarowana, przynosi to błogosławieństwo całej wspólnocie.
Skąd czerpie Pani inspiracje do organizowania spotkań i wydarzeń dla kobiet?
Inspiracje czerpię z kilku źródeł. Przede wszystkim z osobistej relacji z Bogiem i z uważnego słuchania kobiet, które są wokół mnie. Bardzo często to właśnie rozmowy, ich pytania, zmagania i tęsknoty stają się punktem wyjścia do tematu spotkania. Staram się wsłuchiwać w to, czym naprawdę żyją – jakie mają wyzwania jako żony, mamy, kobiety pracujące i liderki.
Dużą inspiracją są dla mnie także spotkania dla kobiet, w których sama uczestniczę – zarówno w Polsce, jak i za granicą. Kiedy mam możliwość zobaczyć, jak inne wspólnoty organizują takie wydarzenia, jakie tematy podejmują, w jaki sposób budują atmosferę bliskości i otwartości, bardzo mnie to ubogaca.
Zależy mi na tym, aby organizowane spotkania były realnym czasem budowania relacji i umacniania wiary. Dlatego każdorazowo pytam Boga, jaki kierunek nadać kolejnemu spotkaniu i jak najlepiej odpowiedzieć na potrzeby kobiet, które przyjdą. Wierzę, że kiedy wychodzimy z sercem otwartym i wrażliwym, inspiracje przychodzą w naturalny sposób.

Jakie tematy najczęściej są poruszane podczas takich spotkań?
Na spotkaniach organizowanych przez Oleśnickie Forum Kobiet poruszałyśmy już wiele różnych tematów. Właściwie każde nasze spotkanie ma charakter tematyczny. Staramy się dobierać zagadnienia tak, aby były bliskie kobietom i dotykały spraw ważnych w codziennym życiu.
Czasem rozmawiamy o życiu i historii kobiet opisanych w Piśmie Świętym. Innym razem podejmujemy bardziej praktyczne tematy, na przykład dotyczące radzenia sobie ze złością czy emocjami. Zdarzają się też spotkania o charakterze bardziej teologicznym, podczas których zastanawiamy się nad trudnymi pytaniami – na przykład jak pogodzić wiarę w dobrego i kochającego Boga z istnieniem zła na świecie.
Oprócz spotkań tematycznych angażujemy się również w różne inicjatywy społeczne. Organizowałyśmy między innymi akcje na rzecz oleśnickiego szpitala oraz działania pomocowe dla dzieci z Ugandy.
Bardzo zależy mi też na tym, aby podczas naszych spotkań każda z kobiet mogła po prostu poczuć się… kobietą. Bez podziałów ze względu na zawód, status materialny czy przynależność do konkretnej denominacji. Chcemy tworzyć przestrzeń życzliwości, rozmowy i wzajemnego wsparcia. Dlatego każda pani jest mile widziana.
Czy ma Pani marzenie dotyczące przyszłych inicjatyw dla kobiet w Oleśnicy?
W naszym mieście pojawia się coraz więcej inicjatyw skierowanych do kobiet i bardzo mnie to cieszy. Ja również noszę w sercu kilka marzeń dotyczących tego, jak takie działania mogłyby rozwijać się w przyszłości.
Przede wszystkim marzy mi się stworzenie stałej, rozpoznawalnej przestrzeni dla kobiet – miejsca, do którego można przyjść niezależnie od wieku, etapu życia czy doświadczeń duchowych. Miejsca otwartego, bezpiecznego i pełnego akceptacji.
Chciałabym także, aby powstała inicjatywa łącząca różne pokolenia kobiet. Widzę ogromną wartość w spotkaniach młodych dziewczyn z dojrzałymi kobietami, które mają już za sobą wiele doświadczeń. Wierzę, że takie międzypokoleniowe relacje mogą być wielkim błogosławieństwem – jedne uczą się odwagi i świeżości spojrzenia, drugie dzielą się mądrością oraz życiową stabilnością.
Marzy mi się również organizacja cyklicznej konferencji lub większego wydarzenia dla kobiet w naszym mieście – takiego, które nie tylko inspiruje, ale także buduje prawdziwe relacje. Wydarzenia, podczas którego kobiety nie tylko słuchają, lecz także rozmawiają, modlą się razem i nawiązują przyjaźnie. Z racji tego, czym się zajmuję, szczególnie leżą mi na sercu inicjatywy chrześcijańskie, które oferują duchowe wsparcie i pomagają w pogłębianiu życia wiary.
W przyszłości widziałabym także małe grupy tematyczne – poświęcone małżeństwu, macierzyństwu, rozwojowi duchowemu czy odkrywaniu powołania. Często największa przemiana dokonuje się nie na dużej scenie, lecz w niewielkim kręgu kilku kobiet, które regularnie spotykają się i towarzyszą sobie w drodze.
Największym moim marzeniem jest jednak to, aby każda kobieta w naszym mieście mogła poczuć, że nie jest sama – że jest widziana, ważna i kochana. Jeśli nasze inicjatywy będą prowadzić właśnie do tego, będę wiedziała, że idziemy w dobrym kierunku.
Co dla Pani osobiście znaczy być kobietą wierzącą we współczesnym świecie?
Być kobietą wierzącą we współczesnym świecie to dla mnie przede wszystkim żyć w świadomości swojej tożsamości – wiedzieć, kim jestem w Bogu, niezależnie od zmieniających się trendów, opinii czy oczekiwań otoczenia. Dzisiejszy świat daje kobietom wiele możliwości, ale jednocześnie nakłada ogromną presję: trzeba być silną, spełnioną zawodowo, dobrą matką, atrakcyjną kobietą, aktywną społecznie. Łatwo w tym wszystkim się zagubić.
Dla mnie bycie kobietą wierzącą oznacza zakorzenienie. To powrót do źródła, do relacji z Bogiem, która porządkuje moje myślenie o sobie samej. To świadomość, że moja wartość nie zależy od moich osiągnięć ani od tego, jak postrzegają mnie inni. Ona wypływa z tego, że jestem kochana i powołana przez Boga.
To także odwaga życia pod prąd wtedy, gdy wartości ewangeliczne nie są popularne. Wierność, pokora, czystość serca, przebaczenie – to nie zawsze są postawy promowane przez współczesną kulturę. A jednak wierzę, że właśnie one przynoszą prawdziwą wolność i pokój.
Bycie kobietą wierzącą to dla mnie również odpowiedzialność za wpływ. Niezależnie od tego, czy jest to wpływ w rodzinie, w pracy, w Kościele czy w relacjach przyjacielskich – mam świadomość, że moje słowa, postawa i wybory mogą kogoś budować albo ranić. To zaproszenie do życia w autentyczności, a nie w religijnej poprawności.
Wreszcie, to droga ciągłego wzrastania. Nie chodzi o idealność, lecz o proces – o zmagania, pytania, czasem wątpliwości, a mimo to nieustanne wybieranie zaufania. We współczesnym świecie pełnym hałasu i pośpiechu bycie kobietą wierzącą oznacza dla mnie codzienne wybieranie obecności Boga, kierowanie serca ku Jego miłości, i odwagę, by żyć zgodnie z wiarą. W tym wyborze – w tym świadomym podążaniu – odnajduję prawdziwy spokój i głęboką radość.

Jak łączy Pani role: żony, kobiety wiary, organizatorki i mamy?
Łączenie tych ról to dla mnie przede wszystkim sztuka priorytetów i ciągłego uczenia się równowagi. Nie zawsze wszystko jest idealnie poukładane – i musiałam nauczyć się akceptować, że nie da się w każdej przestrzeni być na sto procent w tym samym czasie.
Na pierwszym miejscu jest dla mnie relacja z Bogiem. To ona porządkuje moje serce i pomaga mi nie zgubić sensu w natłoku obowiązków. Kiedy dbam o swoją duchowość, łatwiej mi podejmować decyzje, rozpoznawać, kiedy powiedzieć „tak”, a kiedy „nie”, i nie działać tylko z poczucia presji.
Drugim fundamentem jest małżeństwo. Mój maż jest moim najlepszym przyjacielem – i to nie jest tylko dobrze brzmiące hasło. Wiem, że jeśli nasza relacja z mężem jest silna i zdrowa, wszystkie inne obszary funkcjonują lepiej. Dlatego dbamy o wspólny czas, rozmowę, wychodzenie na randki i wspólną modlitwę – nawet jeśli czasem wymaga to świadomego zaplanowania.
Macierzyństwo nauczyło mnie pokory i elastyczności. Dzieci przypominają mi, że najważniejsze rzeczy dzieją się często poza harmonogramem. One potrzebują nie tylko zorganizowanej mamy, ale przede wszystkim obecnej. Czasem oznacza to odłożenie planów czy przesunięcie projektów – i nauczyłam się, że to też jest część mojego powołania.
Rola organizatorki to przestrzeń, w której realizuję swoje pasje i dary. Staram się jednak, aby służba nie zastępowała mi rodziny ani nie była ucieczką od codzienności. Uczę się delegowania, proszenia o pomoc i budowania zespołu, bo wiem, że nie wszystko muszę robić sama.
Kluczem jest dla mnie świadomość, że wszystkie te role nie konkurują ze sobą, ale mogą się wzajemnie uzupełniać. Jestem jedną osobą – żoną, mamą, kobietą pracującą i organizatorką – i każda z tych sfer jest częścią tej samej tożsamości. Nie chodzi o perfekcję, ale o wierność w danym sezonie życia.
Są dni bardziej intensywne i takie, kiedy czuję zmęczenie. Ale kiedy pamiętam, dlaczego to robię i Komu służę, łatwiej mi zachować równowagę i pokój.
Jaką radę dałaby Pani młodym kobietom szukającym swojego miejsca w Kościele?
Wiele zależy od tego, w jakim Kościele lub w jakiej denominacji się znajduje. Wspólnoty różnią się podejściem do roli kobiet. W wielu kościołach protestanckich kobiety mają dziś szeroką przestrzeń do nauczania, prowadzenia grup, organizowania inicjatyw czy pełnienia funkcji przywódczych. W moim Kościele głoszę kazania, podobnie jak mój mąż. On uważa, że skoro w kościołach jest tak wiele kobiet, warto, aby z kazalnicy mogły usłyszeć też kobiecą perspektywę na duchowe sprawy.
W innych tradycjach zakres zaangażowania kobiet może wyglądać inaczej. Dlatego tak ważne jest, aby dobrze rozumieć kontekst swojej wspólnoty i w jego ramach szukać miejsca, w którym kobieta może wiernie i owocnie służyć.
Ale młodym kobietom, które chcą służyć Bogu i mają taką możliwość, powiedziałabym: nie spiesz się i nie porównuj swojej drogi z drogą innych. Każda z nas ma inny temperament, inne doświadczenia i inne tempo dojrzewania. Twoje miejsce w Kościele nie musi wyglądać tak jak miejsce kogoś obok.
Zacznij od fundamentu – od relacji z Bogiem. Zanim odkryjesz „co masz robić”, odkryj „kim jesteś”. Służba wypływająca z tożsamości jest zdrowa i daje radość, ale służba budowana na potrzebie udowadniania swojej wartości szybko prowadzi do zmęczenia i frustracji.
Nie bój się próbować. Angażuj się w różne obszary, ucz się, obserwuj, słuchaj bardziej doświadczonych osób. Czasem swoje miejsce odkrywamy metodą małych kroków – poprzez zwykłą wierność w drobnych zadaniach. To właśnie w codzienności często rodzi się powołanie.
Szukaj też relacji z kobietami, które są krok dalej w wierze. Mentorstwo, rozmowa, wspólna modlitwa mogą bardzo pomóc w rozeznawaniu drogi. Nie musisz wszystkiego odkrywać sama.
I jeszcze jedno: nie myśl, że twoje miejsce musi być widoczne, by było ważne. W Kościele potrzebne są nie tylko osoby stojące na scenie, ale także te, które budują relacje, modlą się wiernie, organizują wydarzenia, czy wspierają innych. Bóg widzi to, czego często nie widzą ludzie.
Twoje miejsce to nie tytuł ani funkcja – to przestrzeń, w której możesz kochać Boga i ludzi, używając darów, które zostały ci dane. A kiedy odnajdziesz tę przestrzeń, pojawi się pokój, który będzie najlepszym potwierdzeniem, że jesteś tam, gdzie trzeba.