Pomaganie, które zmienia życie. Rozmowa z Agatą Miszewską
Agata, powiedz proszę, kiedy po raz pierwszy poczułaś, że działalność społeczna jest dla Ciebie ważna i chcesz pomagać innym?
Wszystko zaczęło się prawie 10 lat temu, przy powstawaniu naszej pierwszej akcji charytatywnej. Wtedy nie było jeszcze Rolki Reggae Rajd. Po prostu nazwaliśmy to „Jedziemy dla Majki na rolkach” i pojechaliśmy… 500 km. Wtedy właśnie poczułam coś, co do dziś powtarzam – pomaganie uzależnia. Czujesz radość osób, którym pomagasz, widzisz ich wdzięczność i uśmiech. To jest coś naprawdę pięknego.
Po tamtych charytatywnych akcjach Twoich i Wojtka okazało się, że sami musicie prosić o pomoc…
Życie potrafi napisać różne scenariusze. Po czasie przyszła choroba Wojtka i nagle to my znaleźliśmy się po drugiej stronie – tej, w której trzeba przyjąć pomoc od innych. To było bardzo trudne doświadczenie, ale jednocześnie pokazało nam ogrom dobra w ludziach.
Co było dla Ciebie najtrudniejsze w roli największego wsparcia dla Wojtka w czasie leczenia?
Bezsilność. Ogromna bezsilność, kiedy wiesz, że Twoja najbliższa osoba jest ciężko chora. Kiedy widzisz, jak cierpi – zarówno przez chorobę, jak i przez leczenie – a Ty nie możesz nic zrobić, żeby zabrać ten ból. Łzy cisną się do oczu, ale nie chcesz ich pokazywać. Choć później nauczyliśmy się płakać razem.
Czy przeżycia związane z chorobą męża zmieniły Twój sposób patrzenia na życie i pomaganie innym?
Oczywiście. Diametralnie. Życie przewartościowuje się w 100%. Problemy, które wcześniej wydawały się ogromne, w takiej sytuacji okazują się zupełnie błahostkami. Zaczynasz inaczej patrzeć na świat i na ludzi – szczególnie na tych cierpiących i ciężko chorych. W moim przypadku ta chęć niesienia pomocy innym jeszcze bardziej się spotęgowała.
Przypomnij, jak zaczęła się Wasza współpraca z Centrum Onkologii we Wrocławiu? W ostatnich latach zrobiliście dla tego miejsca wiele dobrego.
Kiedy pojechaliśmy z Wojtkiem na jego pierwszą chemię na oddział, na którym miał leżeć… no cóż – oboje stwierdziliśmy, że nie wygląda on najlepiej. Pomyśleliśmy, że może dałoby się coś poprawić, zmienić, żeby pacjentom było choć trochę przyjemniej tam przebywać.
Dzięki naszym wcześniejszym akcjom wokół nas zgromadziło się wielu ludzi o wielkich sercach. Porozmawialiśmy z nimi, potem zgłosiliśmy chęć pomocy do dyrekcji. Zgodzili się. I tak zaczęły się nasze „zadymy w Dolnośląskim Centrum Onkologii” – czyli odświeżanie, malowanie, tapetowanie, a czasem też doposażanie oddziałów w meble. Staramy się sprawić, żeby miejsca, w których pacjenci spędzają często bardzo trudny czas, były choć trochę bardziej przyjazne i komfortowe.
Co daje Ci największą satysfakcję w tej działalności?
Największą radość dają nam pacjenci. Ich komentarze, wiadomości, które do nas piszą, albo słowa, które słyszymy, kiedy jesteśmy w DCO – że teraz jest przyjemniej, ładniej, bardziej komfortowo. To jest największy motywator naszych działań.
Co powiedziałabyś osobom, które myślą o pomaganiu innym, ale jeszcze się wahają?
Jedno słowo: działajcie. Nie patrzcie na nic – po prostu róbcie dobro. Na świecie jest tyle zła, że każdy dobry uczynek, nawet najmniejszy, jest potrzebny. Tylko uważajcie… bo pomaganie uzależnia. Ale to piękne uzależnienie, które daje ogrom radości – zarówno pomagającym, jak i tym, którzy tej pomocy potrzebują.
Zdradzisz, jakie macie plany na najbliższe lata?
My tak nie działamy. Staramy się raczej nie planować zbyt dużo. Każda nasza akcja rodzi się spontanicznie. Dopiero kiedy się pojawi pomysł, wtedy zaczynamy planować i organizować. Na co dzień staramy się żyć dniem dzisiejszym, bez wielkich planów. Nasze doświadczenia pokazały nam, że z planowaniem bywa różnie. Dlatego zobaczymy, co jeszcze dobrego będzie nam dane zrobić. Jedno jest pewne – dobro trzeba robić, bo ono wraca.