Cudem przeżyła dwa wypadki i wygrała walkę z chorobą. Kinga Handzlik – wielka siła w drobnym ciele!
Organizatorka biegów charytatywnych, propagatorka zdrowego trybu życia, miłośniczka sportowej aktywności. W miniony weekend wystartowała w Mistrzostwach Europy w Triathlonie we Francji. Droga, która doprowadziła Kingę Handzlik do tego miejsca była niezwykle wyboista.
Dobrze pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Był lipiec 2021 roku, a ja miałam spotkać się z młodziutką oleśniczanką, by opowiedzieć Czytelnikom o jej pomyśle – Biegu Pełną Piersią. „Dostała drugie życie, teraz chce pomagać innym” – tak wtedy opisałam historię Kingi Handzlik, która zdradziła jak poważne problemy zdrowotne ma za sobą. – Po wypadku samochodowym miałam złamany w kilku miejscach kręgosłup – opowiadała. – Było zagrożenie, że nie będę chodzić, później, że nie będę mieć czucia w jednej części ciała. To było ogromne szczęście i wielka determinacja, że udało mi się wyjść z tego obronną ręką.

Dziś już wiemy, że tamto dramatyczne zdarzenie nie było jedynym, które doświadczyło Kingę. Oleśniczanka ma za sobą ciężki rok. – Trenowałam triathlon, sama też byłam trenerką dla innych, ale okazało się, że tematy, które sobie sama narzucałam były zbyt drastycznie – zaczyna swoją bardzo szczerą i emocjonalną opowieść. – Wierzyłam, że dam radę, inni też we mnie wierzyli i myślę, że to połączenie, ta presja otoczenia sprawiły, że się zapętliłam. Pomimo tego, że wyniki były dobre, ciągle byłam z siebie niezadowolona, bo zawsze liczyłam na więcej. Dawałam z siebie wszystko, trenowałam do bólu, do granic wytrzymałości – nie ukrywa.
Podczas jednych z zawodów Kinga zaraziła się bakterią, która sprawiła, że nie mogła wstać z łóżka. – Bywały dni, że nie chodziłam do pracy, bo nie byłam w stanie – opowiada. – A kiedy tylko wydawało mi się, że jest lepiej znów planowałam zawody. Przed jednymi z nich okazało się, że nie mam aktualnej książeczki zdrowia. Trafiłam do przychodni, do pani Sylwii Wawrzyńskiej i to chyba ona uratowała mi życie, bo podczas badania okazało się, że właśnie przechodzę mikro zawał…

Ostatecznie w tamtym sezonie Kinga nie wystartowała już w żadnych zawodach. – Ciągle źle się czułam, raz mi było ciepło, raz zimno, miałam bardzo wysokie tętno, tyłam – wylicza, przyznając, że był to dopiero początek jej zdrowotnych problemów. – Podczas kolejnych badań okazało się, że mam gronkowca, zapalenie nerek, zaczęły się odzywać moje dawne kontuzje. Nie dawałam sobie z tym wszystkim rady. Moja psychika też wysiadała – mówi. – Miałam świadomość, że muszę się zregenerować, bo nie jestem w stanie dać innym tego, co dawać chciałam.
Kiedy wydawało się, że jest lepiej okazało się, że gronkowiec zaatakował oko. W marcu Kinga trafiła na stół operacyjny. – Sama siebie starałam przekonać, że nic złego mi się więcej nie przydarzy – opowiada. – Zawsze wiedziałam, że chcę mieszkać w wielkim mieście i robić wielkie rzeczy. Wtedy pierwszy raz pomyślałam o wyprowadzeniu się z Oleśnicy.
Zanim to się jednak stało odezwała się kolejna kontuzja. – Byłam u najlepszych lekarzy i fizjoterapeutów, ale nikt nie potrafił mi pomóc. Wszyscy byli bezsilni, a ja, chcąc jeszcze coś sobie udowodnić, postanowiłam, że pojadę na targi fitness do Rimini, do Włoch – opowiada oleśniczanka. – Pomyślałam, że chcę spróbować, że jeśli nie bieganie, jeśli ono nie jest dla mnie, to może odnajdę się w fitnessie. To było bardzo trudne, bo kocham biegać i jest to dla mnie najlepsza terapia.
Po powrocie z Włoch Kinga zdecydowała, że jednak weźmie udział w zawodach. – Pamiętam, że powiedziałam mamie, że to będzie dzień, który zdecyduje o mojej przyszłości – mówi, nie kryjąc wzruszenia. – I pojechałam tam sama. Dotarłam na miejsce niewyspana, przemęczona i w dniu zawodów… poszłam spać, a potem wzięłam w nich udział i nawet zdobyłam drugie miejsce. Odebrałam nagrodę, wsiadłam do auta i godzinę później skasowałam swój samochód, bo zasnęłam za kierownicą. Nie dojechałam…Uderzyłam w barierki, jedne, drugie, wybuchły wszystkie poduszki, z przodu samochodu nie zostało nic, a ja wyszłam z niego sama i krzyczałam, żeby ratować mój rower.

Na SOR-ze okazało się, że Kinga ma złamany jeden z kręgów, stłuczony nos i wstrząs mózgu. – Wtedy już naprawdę myślałam, że to koniec z triathlonem – wspomina. – Wyprowadziłam się do Warszawy, trenowałam okazjonalnie, ale przed zawodami w Sycowie (Garmin Triathlon, red.) mama zapytała, czy nie chciałabym jednak spróbować swoich sił. Powiedziałam, że robię to tylko dla niej. No i okazało się, że zrobiłam bardzo dobry wynik, który pozwolił mi zakwalifikować się do kadry narodowej na Mistrzostwa Triathlonowe we Francji.
Co dał Kindzie udział w zawodach takiej rangi? – Uznałam, że robię to tylko dla siebie, że skoro pokonałam tyle demonów, to teraz muszę wziąć się do roboty i robić duże rzeczy, o których zawsze marzyłam. Inspirować innych, dawać im swoją energię, bo uwielbiam to robić i to mnie napędza. Tak samo jak walka do końca i przekonanie, że nigdy nie wolno się poddawać – puentuje.
fot. Grzegorz Borowik/archiwum Kingi