W amerykańskim mundurze na Ziemie Odzyskane. Niepokorna tułaczka Jana Korytki
Na zgliszczach zrujnowanej Europy roku 1945 alianci mierzyli się z chaosem. W amerykańskiej strefie okupacyjnej zorganizowano wówczas polskie kompanie wartownicze – formacje pomocnicze skupiające byłych robotników przymusowych i więźniów obozów, którzy zamiast wracać od razu na wschód, włożyli mundury z orzełkiem i stanęli na straży magazynów UNRRA oraz obozów dla niemieckich jeńców. Na przełomie 1946 i 1947 roku służyło w nich ponad trzydzieści tysięcy Polaków. Jan był jednym z pierwszych. Zanim jednak z karabinkiem w dłoni pilnował alpejskich traktów w Bawarii, a potem zaczął budować życie na dolnośląskiej wsi, musiał przejść przez piekło wojny.

Piekło Würzburga i „Grób nad Menem”
Wszystko zaczęło się w kwietniu 1941 roku w rodzinnym Pruchniku na Podkarpaciu. Niemcy aresztowali szesnastoletniego Jana i jego siostrę Władzię. Był brudny krakowski punkt zborny, upokarzające golenie głów i segregacja rasowa pod lufami karabinów. 27 kwietnia o 13:15 pociąg ruszył na zachód – rodzeństwo w różnych wagonach, wiezione wprost do bawarskiego Würzburga na roboty przymusowe.
Jan trafił w ręce ogrodnika Dickera. Od rana do nocy zginał kark nad rozsadami sałaty, rzodkiewki i ogórków w inspektach. Wojna docierała do niego strzępkami z niemieckich gazet, aż do nocy 16 marca 1945 roku. Tej nocy niebo nad Würzburgiem zapłonęło. Brytyjski nalot dywanowy zamienił miasto w „Grób nad Menem”. Jan widział dantejskie sceny: walące się kamienice, deszcz bomb zapalających i zwęglone ciała na ulicach. Strach o życie paraliżował, ale w głębi serca tliła się dzika radość – Rzesza konała.

Zamiast łopaty amerykański karabin
Gdy 5 kwietnia 1945 roku do zgliszcz wkroczyli Amerykanie, Jan nie wahał się ani chwili. Najpierw polowa piekarnia pod okiem podoficera polskiego pochodzenia, zapach świeżego chleba w zrujnowanym Metzu, a chwilę później – Norymberga i amerykański mundur. Chłopak z Woli Węgierskiej stał się wartownikiem US Army. W Bad Aibling i Schongau służba nie przypominała sielanki. Po alpejskich lasach wciąż błąkały się zbrojne niedobitki Wehrmachtu i SS, które nocami schodziły pod obozy jenieckie, by zabijać dla jedzenia. Jan widział śmierć kolegi z posterunku. W Herrsching am Ammersee konwojował do lasu tych samych Niemców, którzy jeszcze wczoraj byli panami jego życia i śmierci – teraz to on trzymał broń, wiedząc, że jeśli któryś ucieknie, sam trafi za kraty. Ta nieustanna presja i parzący w serce głód domu sprawiły, że 23 grudnia 1946 roku rzucił wszystko i wrócił w rodzinne strony.

Karny meldunek: wieczna tułaczka po PGR-ach
Polska Ludowa nie witała jednak takich jak on z otwartymi ramionami. Jan ruszył więc na zachód, ku Ziemiom Odzyskanym, gdzie w Państwowym Gospodarstwie Rolnym w podoleśnickim Brzeziu brakowało rąk do pracy. To tutaj zderzyły się dwa światy. Korytko miał w ręku fach – praca w bawarskim ogrodnictwie zaszczepiła w nim pasję, którą przekuł na dyplomy techników w Prószkowie i kursy we Wrocławiu. Był tytanem pracy i świetnym organizatorem, co szybko wyniosło go na stanowiska kierownicze w strukturach socjalistycznego rolnictwa. Miał jednak wadę, której aparat partyjny nie wybaczał: nie dał się złamać. Odrzucał legitymację PZPR, manifestował wiarę i nosił w sobie dumę człowieka, który służył pod gwiaździstym sztandarem.

Dla komunistów był elementem podejrzanym. Rozpoczęła się cicha, wyniszczająca gra. Zamiast awansów za świetne wyniki finansowe i produkcyjne, na Jana i jego bliskich spadły karne dyspozycje. Dom na walizkach stał się codziennością. Korytkowie musieli pakować swój skromny dobytek i wędrować od PGR-u do PGR-u: Świerzna, Pawłowice, Ligota Polska, Posadowice, Pągów, Jastrzębie… Przenosiny zarządzano ponad dziesięć razy. – Nie zniósłbym tej tułaczki, gdyby nie moja kochana, wyrozumiała żona Emilia i wspaniałe dzieci – wspominał po latach. Trwali w tym zawieszeniu dekadami, na własny kąt w Namysłowie pracując aż do emerytury.
Prawda na pożółkłych fotografiach
Przez całe lata w szufladzie leżała ukryta przeszłość: 36 pożółkłych, czarno-białych fotografii z Bawarii. Widać na nich młodego chłopaka z karabinkiem, w hełmie i mundurze US Army, stojącego dumnie na tle alpejskich szczytów. Te kadry, przekazane niedawno do wrocławskiego archiwum IPN, ostatecznie przerwały milczenie o człowieku, który przetrwał niemieckie niewolnictwo, pilnował pokonanych katów, a na dolnośląskiej ziemi zapłacił za wierność własnemu sumieniu.
Na podstawie materiałów Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu
współpraca: Bartłomiej Kowalczyk
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Czytaj także: