Mieliśmy tu być tylko na chwilę. Z bydlęcych wagonów do nowego życia
Gdy w 1945 roku zapadły ostateczne decyzje o zmianie granic, Polacy z Kresów Wschodnich musieli spakować dobytek całego życia. Wybór był prosty, lecz niezwykle bolesny: przyjąć obywatelstwo sowieckie lub wyruszyć daleko na zachód w poszukiwaniu nowej Polski.
Broń od Niemców i straże przed UPA
Miejscowość pana Grzegorza – Prusy leżące pod Lwowem – ewakuowała się w całości. Przed wojną była to spora wieś, licząca około trzystu domów, w której zdecydowaną większość stanowili Polacy. Żyło tam zaledwie kilka rodzin ukraińskich. Choć wokół szalał terror ukraińskich nacjonalistów, społeczność potrafiła się bronić. Bandy UPA atakowały okoliczne wsie, jednak Prusy zdołały odeprzeć te próby. – Próbowali wejść do wsi, ale nigdy im się to nie udało, bo mieszkańcy pełnili straże. Co ciekawe, broń zostawiali im na noc Niemcy – wspomina przedwojenny czas Grzegorz Szczepaniak.
W chwili wyjazdu pan Grzegorz miał zaledwie 10 lat. Decyzja o opuszczeniu ojcowizny była dla jego bliskich oczywista, zwłaszcza że jego ojciec służył w wojsku, a matka została sama z pięciorgiem dzieci.
Dwa tygodnie w węglarkach
Zorganizowano dwa transporty Kresowian, których losy potoczyły się zupełnie inaczej. Pierwszy transport dotarł na miejsce przeznaczenia błyskawicznie – w zaledwie trzy dni. Drugi transport, w którym znajdował się młody Grzegorz i cała jego rodzina, spędził w drodze aż dwa, niezwykle trudne tygodnie. Skład jechał przez Kraków, Kędzierzyn-Koźle, Kluczbork i Byczynę, by ostatecznie dotrzeć do Oleśnicy. Stamtąd cofnięto go do Bierutowa. Kresowianie mogli jednak zakończyć swoją wędrówkę znacznie wcześniej – w Kędzierzynie. Zatrzymano ich tam, jednak Polacy ze Wschodu, kierując się własnym kompasem bezpieczeństwa, odmówili opuszczenia wagonów.

– Chcieli, żebyśmy osiedlili się w Kędzierzynie, ale tam byli Ślązacy. Dla nas to była niemiecka strona, więc ludzie tam nie chcieli zostać – słyszymy. Sama podróż była dla nich koszmarem. Ludzie i zwierzęta jechali razem w bydlęcych wagonach. Na postojach mężczyźni chwytali za kosy i ścinali trawę dla bydła, a kobiety naprędce rozpalały ogniska, by ugotować posiłki. Długa podróż uniemożliwiała dbanie o higienę, co szybko doprowadziło do plagi wszawicy.
Zdarzały się też sytuacje mrożące krew w żyłach – pewnego razu sowiecki żołnierz zwabił do siebie siedmioletnią dziewczynkę, ale na szczęście dorośli szybko wszczęli alarm i mężczyzna uciekł.

Z Bierutowa, 29 czerwca 1945 roku, Kresowianie trafili prosto do Przeczowa. Wraz z nimi dotarli tu wysiedleńcy z wołyńskiego Kurdybania (skąd pochodzi pani Teresa), a na początku lipca dołączyli do nich mieszkańcy województwa stanisławowskiego. Łącznie nowa społeczność liczyła 55 rodzin (241 osób). Byli to przybysze z Prus Lwowskich (27 rodzin), Kurdybania (20 rodzin) i okolic Stanisławowa (8 rodzin). Początkowo wszyscy wierzyli, że opuszczone domy zajmują tylko na chwilę. Wieś nosiła świeże ślady wojny, a zaledwie kilka miesięcy wcześniej zniszczono część zabudowań. Choć większość domów stała już pusta, w niektórych wciąż żyli ich dotychczasowi, niemieccy właściciele.
Dla ludzi, którzy musieli uciekać z własnej ojczyzny, zamieszkanie drzwi w drzwi z Niemcami było ogromnym sprawdzianem z człowieczeństwa. Państwo Szczepaniakowie wspominają ten czas bez cienia zacietrzewienia, a wręcz z dużą dozą empatii. – Część z nich wyjechała dopiero w 1946 roku. Jedna z rodzin mieszkała tu obok – opowiadają Kresowianie. Mimo świeżych ran relacje między nowymi i starymi mieszkańcami układały się spokojnie.
Czytaj także:
Małżonkowie podkreślają, że nowi osadnicy byli dla dawnych gospodarzy życzliwi. – My ich dobrze traktowaliśmy i oni byli za to wdzięczni – dodają.
Większość ziemi w Przeczowie leżała wtedy odłogiem, a jej doprowadzenie do używalności wymagało tytanicznego wysiłku. Osadnicy pomagali sobie przy cięższych pracach podczas żniw, czy wykopków. Pożyczali sobie maszyny, a nikt nie pytał, za ile. – Była to autentyczna, wzajemna i bezinteresowna sąsiedzka pomoc – mówi Grzegorz Szczepaniak, dodając, że pod koniec 45 r. we wsi otwarto sklep spożywczo-przemysłowy, a rok później we własnym mieszkaniu sklep spożywczy uruchomił Antoni Wypych.
Warto dodać, że pierwszym urodzonym w Przeczowie mieszkańcem był Emil Wróbel, który przyszedł na świat 20 października 1945 roku, a jako pierwsi małżeństwa zawarli: Włodzimierz Krzyżanowski z Wołynia i Stanisława Kowalkowska z Prus oraz Antoni Wypych z Polski centralnej i Zuzanna Pękał z Wołynia. Śluby odbyły się w kościele w Bierutowie.

Szkoła po wojnie
Mimo braków, już we wrześniu 1945 r. w Przeczowie ruszyła czteroklasowa szkoła, w której dzieci – z powodu braku podręczników – pisały w znalezionych niemieckich zeszytach.
Pierwszym nauczycielem był pan Piotrowski. Inicjatorami i organizatorami życia kulturalnego we wsi byli od początku Zofia i Józef Drozdowie. On zajmował się teatrem, a ona chórem. Już na Boże Narodzenie 1945 roku wystawiono w Przeczowie pierwsze jasełka.
Kontynuatorami ich dzieła, po wielu latach był Grzegorz Szczepaniak, który w 2009 roku powołał do życia Zespół Ludowo-Artystyczny „Przeczowskie Skowronki”. W grupie występują głównie emeryci z Przeczowa, wykonując pieśni patriotyczne, religijne i ludowe.
Powroty do miejsc, których już nie ma
Nadzieja na powrót na Kresy tliła się w osadnikach przez lata. Kiedy państwu Szczepaniakom wreszcie udało się wyjechać w rodzinne strony, czekało ich brutalne zderzenie z rzeczywistością. Ich dawne, rodzinne domy zrównano z ziemią – budynki zostały dawno wyburzone.
Tym mocniej doceniają to, co udało się zbudować w Przeczowie. 5 lipca 2020 roku we wsi zorganizowano uroczystości upamiętniające 75. rocznicę przesiedlenia. Podczas jubileuszowej mszy świętej w przeczowskim kościele, proboszcz, ksiądz Andrzej Ilnicki, wygłosił słowa, które stały się pięknym podsumowaniem tej trudnej odysei kilkudziesięciu rodzin: – Gdyby przodkowie dzisiejszych przeczowian przeszli się po współczesnej wsi, byliby dumni, że czas, który upłynął, był pełen pracy i poświęcenia. Dlatego niech będzie w nas wdzięczność.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
