Pionier z gajówki w Karwińcu. 72 lata z legitymacją rzemieślnika

Katarzyna Kijakowska | Katarzyna Kijakowska
Pionier z gajówki w Karwińcu. 72 lata z legitymacją rzemieślnika
W tym samym czasie los postawił na jego drodze Barbarę. Poznali się podczas wakacji - on był na obozie wodniackim w Paczkowie koło Nysy Kłodzkiej, ona jechała na obóz harcerski organizowany przez Zygmunta Fedyka.
Kiedy wchodzi do swojego warsztatu, w powietrzu unosi się suchy, cierpki pył, zapach żywicy i politury. Wtedy dzieje się coś niezwykłego. Czas cofa się o kilka dekad, a metryka przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. - Jak idę do zakładu, czuję się, jakbym wziął lekarstwo. Nic mnie nie boli - mówi z uśmiechem Gerard Maczaj.

Ma 84 lata, z czego ponad siedemdziesiąt spędził z dłutem, piłą i heblem w dłoniach. Podczas gdy większość jego rówieśników dawno odpoczywa na emeryturze, on wciąż codziennie otwiera drzwi swojej stolarni w Bierutowie. – I jestem tu ludziom bardzo potrzebny – dodaje z dumą. Jego życie to gotowy scenariusz na kronikę powojennych Ziem Odzyskanych – opowieść o przesiedleniach, twardym losie pionierów, pracy od świtu do nocy, popiele po wielkim pożarze i rzemieślniczej dumie, która doczekała się najwyższego możliwego uznania.

Tygiel na gruzach i leśny dukt

Rodzina Maczajów nie trafiła pod Bierutów z wyboru, lecz z konieczności. Był 1947 rok. Na Ziemiach Odzyskanych wciąż czuć było zapach spalenizny, a poniemieckie wsie i miasteczka stawały się wielkim, niespokojnym węzłem ludzkich losów. Gerard miał zaledwie cztery lata, gdy rodzice wyruszyli z wielkopolskiego Bralina.

– Ojciec przyjechał za pracą. Zamieszkaliśmy w gajówce w Karwińcu. Ściągnął go tutaj leśniczy, którego ojciec również pochodził z naszych stron, spod Ostrzeszowa – wspomina pan Gerard.
Las był pierwszym domem i schronieniem, ale prawdziwy świat zaczął poznawać, gdy poszedł do szkoły podstawowej przy ulicy Kolejowej w Bierutowie. W szkolnych ławach usiadł wtedy niezwykły rocznik – dzieci pionierów. Obok siebie lądowali mali Kresowianie z Wileńszczyzny czy Wołynia, repatrianci z centralnej Polski, Wielkopolanie, a także ci, których wojenna zawierucha wyrzuciła z odległych zakątków kraju. Każdy przyniósł ze sobą inny akcent, inny bagaż domowych traum i inną tradycję.

– Było niesamowicie biednie i ciężko, w domach brakowało wszystkiego, ale w ludziach była jakaś niespotykana siła – wspomina pan Gerard. – Choć zjechaliśmy się z różnych stron, nie było zawiści. Ludzie byli dla siebie serdeczni, szczerzy, pracowici i uczciwi.

W tym surowym, odbudowującym się świecie Gerard musiał szybko dojrzeć. Los nie szczędził ciosów – ojciec zmarł w 1953 roku, do ostatnich chwil pracując wśród drzew, a matka odeszła, gdy chłopak miał zaledwie 18 lat. Jednak to, co najważniejsze, zdążył już wchłonąć w rodzinnym domu: zamiłowanie do twardej pracy i fascynację lasem. – Od samego początku czułem do drewna niezwykłe przywiązanie. Pamiętam to jak dziś: mama dopiero co umyła podłogi, a ja siadałem przy kaflowym piecu ze scyzorykiem i łupałem szczapy. Nici kupowało się wtedy na drewnianych szpulkach – każdą zbierałem, oglądałem, strugałem. Ciągnęło mnie do tego instynktownie – opowiada rzemieślnik.

Gdy skończył siódmą klasę, nie miał wątpliwości, jaką drogą pójść. W miasteczku, które dopiero wrastało w polską tożsamość, rzemiosło było twardym chlebem, ale dawało szacunek i pewność bytu.

Tajemnice starego mistrza

Miał czternaście lat, gdy stanął w progu zakładu naprzeciwko dzisiejszego komisariatu policji. Prowadził go Stanisław Strzała – przedwojenny mistrz, który również przywędrował z Wielkopolski i objął poniemiecki warsztat stolarski. – Dyscyplina u mistrza Strzały była żelazna. Nie było taryfy ulgowej, do wszystkiego musiałem dojść sam – wspomina pan Gerard. – Ale zauważył, że mi zależy. Zostawałem po godzinach, zamiatałem wióry, patrzyłem na jego ręce. I właśnie wtedy mistrz zdradzał mi największe tajemnice fachu. Uczył mnie nie tylko konstrukcji, ale przede wszystkim cierpliwości i szacunku do renowacji starych mebli.

W tamtych powojennych dekadach rzemieślnik na prowincji musiał potrafić wszystko. W warsztacie Strzały najczęściej zbijało się sosnowe trumny i proste łóżka dla napływowej ludności. Młody Maczaj uczył się błyskawicznie. Mając zaledwie 14 lat, został oficjalnie zarejestrowany w Cechu Rzemiosł Różnych w Oleśnicy i zaczął odprowadzać pierwsze składki. – Na egzaminie czeladniczym miałem 18 lat. Zadanie: zrobić od podstaw krzesło. Każdy z nas stał przy swoim warsztacie, a surowa komisja powoli przechadzała się między stanowiskami, sprawdzając każde spasowanie. Okazało się, że wiedziałem i potrafiłem więcej niż starsi koledzy. To była zasługa szkoły mistrza Strzały – mówi z błyskiem w oku.

Miłość z harcerskiego szlaku i zgliszcza na Browarnej

Po trzyletniej szkole zawodowej ambitny młodzieniec nie spoczął na laurach. Zrobił technikum mechaniczne, zdał maturę, a w głowie kiełkował już plan na własną działalność.

W tym samym czasie los postawił na jego drodze Barbarę. Poznali się podczas wakacji – on był na obozie wodniackim w Paczkowie koło Nysy Kłodzkiej, ona jechała na obóz harcerski organizowany przez Zygmunta Fedyka. Barbara była rodowitą bierutowianką. Jej rodzice osiedlili się tu tuż po wojnie, w 1945 roku. – Urodziłam się w tym domu, w którym rozmawiamy, i mieszkam w nim do dzisiaj. Będzie już 79 lat – śmieje się pani Barbara.

Początki ich wspólnej drogi wymagały cierpliwości. Po maturze ona wyjechała do liceum pedagogicznego w Ząbkowicach Śląskich, on trwał na posterunku w Bierutowie. Pobrali się w 1966 roku. Trzy lata później, w 1969 roku, Gerard otworzył własny prywatny zakład stolarski przy ulicy Browarnej.

– Czasy dla prywatnej inicjatywy w PRL-u były niesłychanie ciężkie. Urząd skarbowy nie dawał spokoju, ciągle mieliśmy kontrole finansowe, a brakowało wszystkiego, od dobrego drewna po kleje i okucia – wspomina rzemieślnik.

Zaczynał tak jak jego mistrz: od trumien, okien, drzwi i podstawowych sprzętów domowych dla okolicznych mieszkańców. Szybko jednak zasłynął z niezwykłego kunsztu. To spod jego ręki wyszedł m.in. piękny, bogato rzeźbiony karawan konny, który przez długie dziesięciolecia woził zmarłych mieszkańców Bierutowa w ich ostatnią drogę.

W ich poukładane życie wdarł się jednak żywioł. Pewnego dnia warsztat przy ul. Browarnej stanął w ogniu. – To był nasz najtrudniejszy czas – wspominają małżonkowie. – Zakład stolarski to nie zakład malarski. Drewno, wióry, pył, lakiery… Wszystko poszło z dymem w mgnieniu oka. Zostały zgliszcza – straciliśmy dorobek życia.

Musieli zacząć niemal od zera. Gerard nie załamał rąk. Dzięki wsparciu żony, uporowi i zaufaniu klientów odbudował warsztat, pracując jeszcze ciężej niż dotychczas.

Dusza zaklęta w słojach

Dom państwa Maczajów to cicha przystań i jednocześnie żywa galeria talentu pana Gerarda. Niemal każdy mebel w starych wnętrzach nosi ślad jego dłoni – od misternie zdobionych szaf po precyzyjnie wyprofilowane stoły i krzesła. – Dobrym stolarzem może być tylko ten, kto naprawdę kocha ten zawód – podkreśla z przekonaniem pani Barbara.

Sam mistrz patrzy na meble zupełnie inaczej niż współczesny konsument przyzwyczajony do taniej płyty wiórowej z marketu. – W starych meblach się żyje, czuje się je. Prawdziwe drewno ma duszę, oddycha razem z domownikami, pachnie, starzeje się ze szlachetnością. Plastik i laminat tego nie mają – tłumaczy pan Gerard.

Przez dekady mistrz wykształcił kilkudziesięciu adeptów sztuki stolarskiej. Zaraz po otwarciu warsztatu w 1969 roku przyjął pierwszych chłopców na naukę zawodu. Wielu z nich zostało z nim na lata, a jeden z pierwszych uczniów założył później własną firmę i do dziś tworzy w drewnie prawdziwe dzieła sztuki. Dziś jednak mistrz z niepokojem patrzy w przyszłość. – Bardzo ubolewam nad tym, że młodzi nie garną się już do stolarstwa – mówi.

Szabla dla Mistrza

Wierność zasadom, praca od świtu do nocy i nieprzerwana od 72 lat obecność w strukturach rzemieślniczych znalazły swój wielki finał. Okazja była wyjątkowa. W sobotę, 26 września, Cech Rzemiosł Różnych w Oleśnicy uroczyście świętował jubileusz 80-lecia swojego istnienia.

Podczas uroczystej gali na scenę zaproszono Gerarda Maczaja, by wręczyć mu Szablę Jana Kilińskiego – najwyższe i najbardziej prestiżowe odznaczenie rzemieślnicze w Polsce. Ustanowione przez Kongres Rzemiosła Polskiego 25 czerwca 1998 roku wyróżnienie jest wierną repliką polskiej karabeli oficerskiej z XVIII wieku, wykonaną w skali 1:1 (wraz z miniaturką i legitymacją).

Nadaje je Kapituła pod przewodnictwem Prezesa Związku Rzemiosła Polskiego jedynie tym, którzy swoją ofiarną pracą i mistrzowskim wykonywaniem zawodu na trwałe wpisali się w historię polskiej przedsiębiorczości. Gdy lśniąca klinga spoczęła w spracowanych rękach 84-letniego stolarza z Bierutowa, cała sala wstała z miejsc.

Był to hołd dla człowieka, który swoją pracowitością, wiernością drewnu i cichą służbą udowodnił, czym jest etos rzemieślnika. A co po gali? Karabela trafiła na honorowe miejsce w domu, a pan Gerard… nazajutrz znowu założył roboczy fartuch. Warsztat czeka, a na stole leży drewno wymagające ręki mistrza. Bo dopóki w dłoni jest hebel, dopóty serce bije najmocniejszym rytmem.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Czytaj także:

Udostępnij:
REKLAMA