Odyseja Genowefy Suwały. Przez Sybir i zgliszcza do nowej Polski

Katarzyna Kijakowska | Katarzyna Kijakowska
Odyseja Genowefy Suwały. Przez Sybir i zgliszcza do nowej Polski
Rodzina pani Genowefy, wraz z ponad dwudziestoma ośmioma innymi familiami z Małopolski, wyruszyła na Kresy Wschodnie.
– Nasza rodzina pochodzi spod Krakowa, z Luborzycy – rozpoczyna swoją opowieść pani Genowefa Suwała. Siedzi wyprostowana, z dłońmi splecionymi na kolanach. Choć skończyła 92 lata, w jej spojrzeniu nie ma cienia znużenia. Jest za to niezwykła jasność umysłu, precyzja i determinacja kogoś, kto czuje, że czas ucieka, a historia nie może zamilknąć. Jako prezeska oleśnickiego koła Związku Sybiraków codziennie staje do walki o pamięć. Bo dla niej historia nie jest tylko suchym podręcznikowym zapisem. To zapach znoszonego munduru w nurcie rzeki, lodowaty świst wiatru w szczelinach bydlęcego wagonu i smak zupy z lebiody na gruzach obcego miasta.

Wszystko zaczęło się w 1936 roku, w czasach, kiedy II Rzeczpospolita próbowała scalić swoje rozdarte zaborami ziemie. Rodzina pani Genowefy, wraz z ponad dwudziestoma ośmioma innymi familiami z Małopolski, wyruszyła na Kresy Wschodnie. Byli osadnikami. Trafili do miejscowości Zarudzie. – Wszyscy się tam wybudowaliśmy od zera. Własnymi rękami stawialiśmy domy, uprawialiśmy ziemię, wierzyliśmy, że zapuszczamy korzenie na całe pokolenia – wspomina.

Życie w Zarudziu toczyło się powoli, w rytmie pór roku i wiejskich tradycji. We wsi był ksiądz z gosposią, który w letnie miesiące organizował dla dzieci ochronkę, dbając, by najmłodsi nie włóczyli się bez opieki podczas polowych prac. W sąsiedztwie mieszkała też polska arystokracja – hrabina z córką i zięciem, który był oficerem Wojska Polskiego. Mieli małego synka.

Mimo wyraźnych przedwojennych podziałów stanowych i różnic klasowych, między dworem a domem osadników zawiązała się serdeczna nić zaufania. Gdy hrabiostwo wyjeżdżało do pobliskiego Złoczowa na spotkania ze znajomymi z wyższych sfer, przywozili chłopca pod opiekę mamy pani Genowefy. Zdarzało się też, że przysyłali po dzieci osadników powóz, zapraszając je do majątku. Matka Genowefy, prosta i skromna kobieta, czuła się w tych salonach nieco onieśmielona, ale nigdy nie odmawiała pomocy i sąsiedzkiej życzliwości. Ten uporządkowany, spokojny świat runął w gruzy w 1939 roku.

Rzeka pełna mundurów i zapach płonącej słomy

Prawdziwy koszmar zaczął się wkradać do wsi jeszcze przed nadejściem pierwszych mrozów. Rodzice Genowefy pojechali do Złoczowa załatwić codzienne sprawunki. To, co zobaczyli w drodze powrotnej, odebrało im mowę.

– Gdy wracali, w rzece pływały ciała polskich żołnierzy. Woda niosła strzępy odzieży, pasy, buty. Na własne oczy widzieli, jak jeden z nacjonalistów ukraińskich z zimną krwią dobijał bezbronnego polskiego żołnierza – opowiada z drżeniem w głosie.

Od tamtej pory noc przestała oznaczać sen, a stała się synonimem ucieczki. Tuż obok ich zabudowań ciągnęło się gęste pole kukurydzy. Gdy tylko zapadał zmrok i z oddali dochodziły niepokojące odgłosy, matka zbierała całą piątkę rodzeństwa, owijała dzieci w pierzyny i kołdry, po czym bezszelestnie wyprowadzała je między wysokie łodygi. Leżeli tam godzinami na wilgotnej ziemi, wsłuchując się w szczekanie psów i trzask gałęzi, z sercami podchodzącymi do gardeł.


W sierpniu 1939 roku atmosfera była już gęsta od nienawiści. Zaledwie półtora kilometra od Zarudzia leżała Cecówka – wieś w przeważającej mierze ukraińska, silnie zasymilowana, w której sąsiedzkie więzi zaczęły pękać pod naporem nacjonalistycznej ideologii. Dochodziły stamtąd potworne wieści. Zebrani bojówkarze otwarcie planowali eksterminację polskich rodzin.

– Opowiadano wtedy o tragedii rodziny, w której ojciec był Ukraińcem, a matka Polką. Ojciec zażądał od własnego syna, by ten zabił rodzoną matkę. Chłopak odmówił, nie chciał tego zrobić… – głos pani Genowefy na chwilę cichnie. – Wioski zaczęto okładać snopkami słomy. Robili to celowo, żeby po podpaleniu nikt nie był w stanie wydostać się z pułapki. Rodzice za wszelką cenę chcieli oszczędzić nam tego widoku. Wiedzieliśmy już jedno: musimy uciekać.

Ojciec błagał żonę, by ratowała siebie i potomstwo. Mówił, że odwiezie ją z dziećmi na stację kolejową, by wróciła do swojej siostry pod Kraków. Matka była jednak nieprzejednana: – Umrę tu z tobą, ale sama z dziećmi bez ciebie nie pojadę.

Zostali razem. I razem wpadli w tryby machiny, która wkrótce miała zmielić miliony istnień.

Bydlęcy szlak w nieznane

W lutym 1940 roku po polskich osadników przyszło NKWD. Bez uprzedzenia, bez litości, bez możliwości spakowania dobytku całego życia.

Najpierw zepchnięto ich do ponurych, nieogrzewanych magazynów. Spędzili tam trzy doby w skrajnym brudzie, bez kęsa chleba i bez kropli wody. Zabrano im wszystko – łącznie z dokumentami tożsamości. Po trzech dniach kolumnę więźniów popędzono na rampę kolejową, gdzie stały rzędy bydlęcych wagonów.

– W jednym wagonie upchnięto blisko sześćdziesiąt osób – wspomina pani Genowefa. – Ścisk był niewyobrażalny, a mróz odbierał oddech. Ojciec natychmiast powpychał nas, dzieci, na najwyższe drewniane półki. Wiedział, że na deskach podłogi, gdzie ciągnęło od lodu i śniegu, zwyczajnie byśmy zamarzli. W podłodze wycięto tylko jedną dziurę – to była nasza jedyna toaleta.

Droga w głąb Związku Radzieckiego trwała cały bity miesiąc. Skład poruszał się po tak zwanej kolei mijankowej – godzinami, a czasem dniami stał na bocznicach, przepuszczając transporty wojskowe. Warunki urągały ludzkiej godności. Raz na dwa dni enkawudziści wrzucali do wagonu dwa wiadra: w jednym była woda zimna, w drugim gorący wrzątek. To musiało wystarczyć kilkudziesięciu wycieńczonym ludziom.

– Śmierć jechała z nami. Kiedy ktoś umierał z wycieńczenia, strażnicy po prostu odsuwali ciężkie ryglowane drzwi, łapali ciało i bez słowa wyrzucali na nasyp, w śnieg, na pastwę wilków. Nikt nie myślał o pogrzebie, nikt nie stawiał krzyża.

Kiedy pociąg wreszcie stanął na małej, syberyjskiej stacyjce, za drzwiami czekała biała pustka i trzydziestostopniowy mróz. Do wyznaczonego łagru czekało ich jeszcze piętnaście kilometrów marszu przez śniegi sięgające pasa.

– Pięcioro dzieci było już w stanie półprzytomnym. Dwoje zmarzło tak potwornie, że dopiero po dwóch godzinach nacierania odzyskali jakiekolwiek czucie w rękach i nogach. Ja miałam tak odmrożoną twarz, że mróz dosłownie zerwał mi całą skórę ze skroni.

Czytaj także:

Sześć lat w objęciach tajgi

Życie w łagrze stało się codzienną, twardą walką o przetrwanie każdego kolejnego poranka. Zamieszkali w dziesięciometrowym pokoiku, stłoczeni w sześć osób. Drewno na opał było mokre, ścięte prosto w zaśnieżonym lesie – nie chciało się palić, dusiło gryzącym dymem. Z czasem przeniesiono ich do większego baraku z wielkim piecem, w którym ogień musiał buzować dzień i noc, bo mróz natychmiast skuwał ściany grubą warstwą lodu. Dla małej Gieni był to czas nieustannej udręki fizycznej.

– Chorowałam niemal przez całe te sześć lat. W barakach było niewyobrażalne robactwo. Pluskwy spadały z sufitu, gryzły mnie nieustannie, całe ciało miałam w ropiejących ranach. Byliśmy bez grosza, ale rodzice stawali na głowie, robili co mogli, żeby mnie z tego robactwa ratować, przemywali mi rany, doglądali w gorączce.

Sowieckie władze traktowały rodzinę z wyjątkową podejrzliwością. Prawdopodobnie podejrzewano, że ojciec miał przed wojną powiązania z polskim wojskiem lub administracją państwową. Skutkowało to represjami – średnio co dwa miesiące rodzinę zmuszano do pakowania nędznych tobołków i przesiedlano do kolejnego obozu. Łącznie na Syberii mieszkali w czterech różnych miejscach, nigdzie nie mogąc zapuścić korzeni. Mimo to w tych nieludzkich warunkach trzeba było dorastać. Genowefa chodziła do miejscowej szkoły. A ta wpajała im obcy język i obce zasady, wypierając z pamięci dzieci obraz dawnej ojczyzny.

Droga powrotna: cmentarz w Żaganiu i mundury Armii Czerwonej

Koszmar Sybiru dobiegł końca dopiero w 1946 roku. Pociągiem repatriacyjnym rodzina Gołąbków wyruszyła na zachód. Marzenie o powrocie pod rodzinny Kraków okazało się jednak nierealne – nie mieli pieniędzy, by kupić jakąkolwiek ziemię czy choćby izbę w Małopolsce. Trafili do Żagania na Ziemiach Odzyskanych. Tam powitała ich skrajna nędza. – Głód zaglądał w oczy każdego dnia. Chodziliśmy z rodzeństwem na poniemiecki cmentarz. Zrywaliśmy tam dziko rosnące pokrzywy i lebiody. Z tego mama gotowała nam jedyną zupę, jaką mieliśmy w ustach przez całe tygodnie.

Żagań był wówczas miastem niebezpiecznym. Stacjonowały tam wielkie garnizony Armii Czerwonej. Radzieccy żołnierze czuli się bezkarni, polując na ulicach na młode polskie kobiety. Rodzice drżeli o los dorastających córek. Wtedy w ich życiu pojawił się Marian Nowak – przedwojenny znajomy, który służył już jako milicjant w zrujnowanej Oleśnicy. Nowak ocenił sytuację w Żaganiu i podjął decyzję: – Zabieram stąd najpierw starszą córkę, Julię. Osiemnastoletnia dziewczyna wyjechała z nim na Dolny Śląsk, uciekając przed niebezpieczeństwem. Wkrótce, w czerwcu 1946 roku, do Oleśnicy ściągnęła cała rodzina.

Czytaj także:

Rataje: pionierzy na poniemieckich gruzach

Osiedlono ich na Ratajach – przedmieściu Oleśnicy, gdzie w barakach mieszkali wcześniej niemieccy robotnicy. Miasto dopiero podnosiło się z wojennej pożogi, a nowi osadnicy musieli natychmiast zakasać rękawy.

– Żeby mieć co jeść, od razu poszliśmy paść krowy – wspomina pani Genowefa. – Z czasem przyznano nam pożyczkę osadniczą, pamiętam dokładnie: trzy tysiące złotych. Za te pieniądze tata kupił pierwsze zwierzęta gospodarskie. Byliśmy wynajmowani do prac u innych gospodarzy na Ratajach. Tam każdy starał się coś zasiać, coś posadzić. Po pewnym czasie dostaliśmy własny kawałek ziemi, około półtora hektara. Bieda była niewyobrażalna, taka, że dzisiejszym pokoleniom trudno to w ogóle opowiedzieć.

We wrześniu 1946 roku Genowefa poszła do polskiej szkoły. To było kolejne zderzenie ze ścianą. – Były z nami ogromne kłopoty wychowawcze i edukacyjne, bo po sześciu latach w tajdze po prostu nie umieliśmy pisać po polsku. W Rosji wszystko było inne, zeszyty, litery, pojęcia. Uczyłam się bardzo źle, wstydziłam się tego. W ławce szkolnej na Ratajach siedział ze mną Janusz Choroszy, który po latach został wspaniałym, szanowanym księdzem.

Później przenieśli nas do oleśnickiej Szkoły Podstawowej nr 2. Gdy ukończyła piętnaście lat, powojenna machina biurokratyczna znów dała o sobie znać. Zwykła szkoła przestała być dla niej dostępna – młodzież w tym wieku odgórnie wyrzucano do szkół dla pracujących. Problem polegał na tym, że nastolatka nie miała oficjalnego zatrudnienia, a urzędnicy bezwzględnie żądali zaświadczeń z zakładu pracy.

Czytaj także:

Z pomocą przyszła życzliwa znajoma rodziny, pani Hoppe. Widząc dramat matki i młodej dziewczyny, uruchomiła swoje kontakty i załatwiła fikcyjne dokumenty poświadczające pracę w leśnictwie. Dzięki temu Genowefa mogła kontynuować naukę i z sukcesem ukończyć upragnione siedem klas szkoły powszechnej. Ambitna dziewczyna nie zamierzała na tym poprzestać.

Wyjechała do Wrocławia, by kształcić się dalej. W zrujnowanej stolicy Dolnego Śląska trafiła pod skrzydła wybitnych pedagogów – przedwojennych profesorów ze Lwowa, Wilna i Krakowa, którzy zaszczepili w niej etos pracy, rzetelność i szacunek do polskiego słowa.

Budując miasto od fundamentów

Dorosłe życie pani Genowefy stało się kroniką rozwoju powojennej Oleśnicy. Jej energia, skrupulatność i zahartowany na Syberii charakter sprawiły, że powierzano jej najbardziej wymagające zadania organizacyjne. Zaczynała w urzędzie skarbowym, by w 1955 roku objąć funkcję kierownika administracyjnego potężnego gmachu Technikum Budowlano-Chłodniczego.

– Tam uczyło się tysiąc ośmiuset uczniów! Ogromny, tętniący życiem budynek, setki problemów z zaopatrzeniem, opałem, kwaterunkiem dla młodzieży. Wyzwań było co niemiara, ale nikt nie narzekał – opowiada.

Później przez całe dekady jej nazwisko było nierozerwalnie związane z handlem i gastronomią w strukturach oleśnickiego WSS „Społem”.

Jako kierowniczka zarządzała siecią 22 zakładów gastronomicznych na terenie miasta. To spod jej ręki wychodziły decyzje kształtujące codzienne życie mieszkańców. Nadzorowała kultowe lokale, które do dziś budzą nostalgię starszych oleśniczan: od restauracji „Piast”, przez kawiarnie „Perła”, „Magnolia”, „Marysieńka”, aż po popularny bar „Cecot”. Przeszła drogę od bezdomnej dziewczynki zbierającej pokrzywy na cmentarzu do kobiety sukcesu, która współtworzyła gospodarczy krwioobieg miasta.

Ostatnia warta pamięci

Dziś pani Genowefa Suwała nosi z dumą tytuł prezeski Związku Sybiraków w Oleśnicy. Jej dom pełne są pamiątek, odznaczeń, dokumentów i pożółkłych fotografii. Jednak w jej oczach coraz częściej gości smutek.

– Jeszcze kilkanaście lat temu nasze koło tętniło życiem. Na spotkania przychodziły dziesiątki osób. Organizowaliśmy prelekcje, odwiedzaliśmy szkoły, spotykaliśmy się z dziećmi, żeby opowiadać im o wywózkach, o głodzie, o tym, czym naprawdę jest wolność. Byliśmy silną, zgraną grupą ludzi połączonych wspólną traumą i wspólnym ocaleniem. Dziś szeregi oleśnickich Sybiraków drastycznie stopniały – opowiada pani prezes.

– Została nas dosłownie garstka. Kilka osób na krzyż. Większość moich kolegów i przyjaciół odeszła już na wieczną wartę. Niektórzy są zbyt schorowani, by wstać z łóżka.

Mimo 92 lat na karku, pani Genowefa nie składa broni. Odpowiada na zaproszenia i niestrudzenie daje świadectwo. Wie, że jest jednym z ostatnich żywych pomostów łączących współczesną Polskę z tamtym zapomnianym światem Kresów, lodowatą pustynią Sybiru i pionierskim trudem odbudowy Ziem Odzyskanych.

– Dopóki starczy mi sił, będę mówić – kończy twardo pani Genowefa, dotykając skroni, na której przed osiemdziesięciu laty syberyjski mróz zostawił swój niezmywalny ślad. – Bo jeśli my zamilkniemy, to kto opowie o tych, których kości do dziś leżą przy kolejowych nasypach tajgi?

współpraca Bartłomiej Kowalczyk

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Udostępnij:
REKLAMA