W amerykańskim mundurze na Ziemie Odzyskane. Niepokorna tułaczka Jana Korytki

Katarzyna Kijakowska | Katarzyna Kijakowska
W amerykańskim mundurze na Ziemie Odzyskane. Niepokorna tułaczka Jana Korytki
Jan Korytko (w środku) z kolegami z okresu pracy w piekarni. Na zdjęciu obok z nieżyjącą już żoną Emilią, która była dla pana Jana dużym wsparciem
Wiosną 1947 roku pociągi repatriantów i przesiedleńców wciąż przetaczały się przez Dolny Śląsk, wypluwając na peronach tysiące ludzi szukających swojego miejsca na Ziemiach Odzyskanych. Wśród nich znalazł się Jan Korytko. Przyjechał do poniemieckiego Brzezia koło Oleśnicy, niosąc w walizce nie tylko garść osobistych rzeczy, ale i niewygodną dla nowej władzy przeszłość: amerykański dryl, pamięć o służbie u aliantów i głęboką, chłopską wiarę, której za nic nie zamierzał schować do kieszeni.

Na zgliszczach zrujnowanej Europy roku 1945 alianci mierzyli się z chaosem. W amerykańskiej strefie okupacyjnej zorganizowano wówczas polskie kompanie wartownicze – formacje pomocnicze skupiające byłych robotników przymusowych i więźniów obozów, którzy zamiast wracać od razu na wschód, włożyli mundury z orzełkiem i stanęli na straży magazynów UNRRA oraz obozów dla niemieckich jeńców. Na przełomie 1946 i 1947 roku służyło w nich ponad trzydzieści tysięcy Polaków. Jan był jednym z pierwszych. Zanim jednak z karabinkiem w dłoni pilnował alpejskich traktów w Bawarii, a potem zaczął budować życie na dolnośląskiej wsi, musiał przejść przez piekło wojny.

Jan Korytko (w środku) z kolegami z okresu pracy w piekarni.

Piekło Würzburga i „Grób nad Menem”

Wszystko zaczęło się w kwietniu 1941 roku w rodzinnym Pruchniku na Podkarpaciu. Niemcy aresztowali szesnastoletniego Jana i jego siostrę Władzię. Był brudny krakowski punkt zborny, upokarzające golenie głów i segregacja rasowa pod lufami karabinów. 27 kwietnia o 13:15 pociąg ruszył na zachód – rodzeństwo w różnych wagonach, wiezione wprost do bawarskiego Würzburga na roboty przymusowe.
Jan trafił w ręce ogrodnika Dickera. Od rana do nocy zginał kark nad rozsadami sałaty, rzodkiewki i ogórków w inspektach. Wojna docierała do niego strzępkami z niemieckich gazet, aż do nocy 16 marca 1945 roku. Tej nocy niebo nad Würzburgiem zapłonęło. Brytyjski nalot dywanowy zamienił miasto w „Grób nad Menem”. Jan widział dantejskie sceny: walące się kamienice, deszcz bomb zapalających i zwęglone ciała na ulicach. Strach o życie paraliżował, ale w głębi serca tliła się dzika radość – Rzesza konała.

Jan Korytko w okresie służby w kompanii wartowniczej, Bad Aibling.

Zamiast łopaty amerykański karabin

Gdy 5 kwietnia 1945 roku do zgliszcz wkroczyli Amerykanie, Jan nie wahał się ani chwili. Najpierw polowa piekarnia pod okiem podoficera polskiego pochodzenia, zapach świeżego chleba w zrujnowanym Metzu, a chwilę później – Norymberga i amerykański mundur. Chłopak z Woli Węgierskiej stał się wartownikiem US Army. W Bad Aibling i Schongau służba nie przypominała sielanki. Po alpejskich lasach wciąż błąkały się zbrojne niedobitki Wehrmachtu i SS, które nocami schodziły pod obozy jenieckie, by zabijać dla jedzenia. Jan widział śmierć kolegi z posterunku. W Herrsching am Ammersee konwojował do lasu tych samych Niemców, którzy jeszcze wczoraj byli panami jego życia i śmierci – teraz to on trzymał broń, wiedząc, że jeśli któryś ucieknie, sam trafi za kraty. Ta nieustanna presja i parzący w serce głód domu sprawiły, że 23 grudnia 1946 roku rzucił wszystko i wrócił w rodzinne strony.

Karny meldunek: wieczna tułaczka po PGR-ach

Polska Ludowa nie witała jednak takich jak on z otwartymi ramionami. Jan ruszył więc na zachód, ku Ziemiom Odzyskanym, gdzie w Państwowym Gospodarstwie Rolnym w podoleśnickim Brzeziu brakowało rąk do pracy. To tutaj zderzyły się dwa światy. Korytko miał w ręku fach – praca w bawarskim ogrodnictwie zaszczepiła w nim pasję, którą przekuł na dyplomy techników w Prószkowie i kursy we Wrocławiu. Był tytanem pracy i świetnym organizatorem, co szybko wyniosło go na stanowiska kierownicze w strukturach socjalistycznego rolnictwa. Miał jednak wadę, której aparat partyjny nie wybaczał: nie dał się złamać. Odrzucał legitymację PZPR, manifestował wiarę i nosił w sobie dumę człowieka, który służył pod gwiaździstym sztandarem.

Z nieżyjącą już żoną Emilią, która była dla pana Jana dużym wsparciem.

Dla komunistów był elementem podejrzanym. Rozpoczęła się cicha, wyniszczająca gra. Zamiast awansów za świetne wyniki finansowe i produkcyjne, na Jana i jego bliskich spadły karne dyspozycje. Dom na walizkach stał się codziennością. Korytkowie musieli pakować swój skromny dobytek i wędrować od PGR-u do PGR-u: Świerzna, Pawłowice, Ligota Polska, Posadowice, Pągów, Jastrzębie… Przenosiny zarządzano ponad dziesięć razy. – Nie zniósłbym tej tułaczki, gdyby nie moja kochana, wyrozumiała żona Emilia i wspaniałe dzieci – wspominał po latach. Trwali w tym zawieszeniu dekadami, na własny kąt w Namysłowie pracując aż do emerytury.

Prawda na pożółkłych fotografiach

Przez całe lata w szufladzie leżała ukryta przeszłość: 36 pożółkłych, czarno-białych fotografii z Bawarii. Widać na nich młodego chłopaka z karabinkiem, w hełmie i mundurze US Army, stojącego dumnie na tle alpejskich szczytów. Te kadry, przekazane niedawno do wrocławskiego archiwum IPN, ostatecznie przerwały milczenie o człowieku, który przetrwał niemieckie niewolnictwo, pilnował pokonanych katów, a na dolnośląskiej ziemi zapłacił za wierność własnemu sumieniu.

Na podstawie materiałów Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu
współpraca: Bartłomiej Kowalczyk

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Czytaj także:

Udostępnij:
REKLAMA