Powstaje książka o napadzie stulecia. Wśród jej bohaterów elektronik z Oleśnicy
Łukasz Orbitowski podczas swojej wizyty w Wołowie zajrzał do miejsca, którego historia elektryzuje do dziś – dawnego skarbca NBP. To właśnie tędy, przez strop prowadzący z piwnicy, włamywacze dostali się do środka, rozpruli sejf i zniknęli z ogromnym łupem.
Autor nie ukrywa, że pobyt w Wołowie był dla niego poruszającym doświadczeniem: „Wykonuję najpiękniejszy zawód świata. W Wołowie spędziłem dwa dni, a od miejscowych otrzymałem tylko bezinteresowne dobro, nie dając nic w zamian. Rozmawiałem ze świadkami, rodzinami sprawców i ofiar. Pomoc okazali pracownicy domu kultury, biblioteki, urzędu miasta, kierownictwo i pracownicy zakładu karnego. Czuję się wzruszony i zobowiązany”.
Orbitowski zapowiedział, że jego nowa książka – roboczo zatytułowana „Głupcy” – będzie jedną z najważniejszych w jego dorobku.
Napad, który wstrząsnął Polską – Wołów, 20 sierpnia 1962 roku
60 lat temu Dolny Śląsk żył jedną z najbardziej sensacyjnych spraw kryminalnych epoki PRL. Choć wydarzenia rozgrywały się w Wołowie, historia ta ma wyjątkowo bliski związek z Oleśnicą, bo wśród sprawców znajdował się mieszkaniec Oleśnicy, Mieczysław F., elektronik prowadzący w mieście zakład naprawy sprzętu radiowo-telewizyjnego. Jego rola, jak i późniejsze działania jego żony, okazały się kluczowe dla rozwiązania jednej z najbardziej pamiętnych zagadek kryminalnych lat 60.
W poniedziałkowy poranek 20 sierpnia sprzątaczka, wchodząc do budynku NBP, zauważyła, że drzwi są uchylone, a strażnika nigdzie nie ma. Po chwili znalazła go skrępowanego i zakneblowanego w piwnicy. Funkcjonariusz zeznał później, że około północy oślepiło go światło latarki, a zamaskowani napastnicy błyskawicznie go obezwładnili. Wiadomo było jedno: sprawców musiało być kilku, a ich techniczne przygotowanie wskazywało na profesjonalistów.
Hydrauliczny podnośnik, łom i wiertarka – włamanie jak z filmu
Śledczy ustalili, że włamywacze dokładnie znali konstrukcję budynku. Przy użyciu hydraulicznego podnośnika przebili strop piwnicy prowadzący prosto do skarbca. Następnie: sforsowali pancerne drzwi łomem i wiertarką, opróżnili sejf z wszystkich worków z gotówką, a na koniec rozlali ropę, by zmylić psy tropiące.
Ich działanie było perfekcyjnie zaplanowane — nic nie wskazywało, by śledztwo miało pójść szybko.
Z banku zniknęło 12 531 000 złotych — suma niewyobrażalna w tamtym czasie, gdy przeciętna miesięczna pensja wynosiła ok. 1700 zł. Był to najgłośniejszy napad rabunkowy PRL, porównywany niekiedy do współczesnych, filmowych skoków na bank.
Ciężka praca śledczych i proces, który śledziła cała Polska
Choć grupa przestępcza działała sprawnie i ostrożnie, ostateczny przełom w śledztwie nie nadszedł ani z Wołowa, ani z Warszawy, lecz z Oleśnicy. To właśnie żona Mieczysława F. odegrała decydującą rolę w rozpracowaniu sprawców. Na początku października 1962 roku oleśniczanka odwiedziła rodzinę w Kluczborku, u której przechowywano część zrabowanych pieniędzy. W tamtejszym sklepie odzieżowym jej uwagę przykuł piękny obrus za 200 zł. Bez konsultacji z mężem wyjęła ze skrytki jeden banknot i próbowała nim zapłacić.
Kasjerka natychmiast rozpoznała trefny banknot pochodzący z napadu, co błyskawicznie doprowadziło milicję do rodziny, a tego samego dnia także do zatrzymania jej męża.