REKLAMA

Burmistrz o 30-leciu samorządu: Miasto to my i nasze miejskie sprawy

Red | Red
Burmistrz o 30-leciu samorządu: Miasto to my i nasze miejskie sprawy
REKLAMA

ROZMOWY 30-LECIA. O początkach oleśnickiego samorządu i budowaniu nowej Oleśnicy rozmawialiśmy z burmistrzem Janem Bronsiem

Panie burmistrzu, czy kiedy w 1990 roku rozpoczynał Pan swoją samorządową karierę myślał Pan, że właśnie z samorządem i z Oleśnicą zwiąże Pan swoje całe zawodowe życie?

Szczerze mówiąc, nie. Ale pociągało mnie, że mam szansę uczestniczyć w budowaniu czegoś nowego od podstaw. W wymiarze materialnym, konkretnym, ale i w wymiarze społecznym. Rodziła się wtedy wolna Polska i nowa Oleśnica. Mieliśmy poczucie, że samodzielnie rozwiązujemy problemy lokalne, że w końcu nikt „z góry” za nas nie decyduje i nie narzuca tego, co trzeba zrobić. A trzeba było zacząć od wielu rzeczy podstawowych, jak, na przykład, dziś wydaje się prozaicznego problemu, jakim był brak wody na wyższych piętrach budynków.

Samorządowa rzeczywistość w latach dziewięćdziesiątych i dzisiaj to dwa różne światy. Zgodzi się Pan z tą tezą?

Samorządowa, czy w ogóle rzeczywistość lat 90-tych, a dzisiejsza, to na pewno inne światy. Wtedy celem sporów oraz dyskusji było rozwiązanie problemu, teraz często spory bywają personalnymi atakami i przeradzają się we wrogość osobistą, a to nie służy niczemu dobremu.

Wtedy, w latach 90. w pewnym sensie budowaliście Oleśnicę od nowa…

To prawda… I nie chodzi tu o „kombatanckie opowieści”, ale te pierwsze lata samorządu to naprawdę była ciężka praca.  Już 13 grudnia 1992 r. udało się oddać do użytku nowoczesny Zakład Uzdatniania Wody i w ciągu paru tygodni od jego uruchomienia w Oleśnicy skończyły się problemy z wodą. 4 lipca 1994 zostało oddane do eksploatacji nowoczesne wysypisko odpadów: uszczelnione, ekologiczne i kontrolowane. A nieco później, bo już w II Kadencji Samorządu, w październiku 1996 r. rozpoczęła pracę oczyszczalnia ścieków. Te inwestycje wraz z rozbudową kanalizacji wodociągowej, sanitarnej i deszczowej a także remontami i modernizacjami dróg absorbowały olbrzymie nakłady sił i środków finansowych. Ale wytężone działania z tamtego okresu zaowocowały tym, że Oleśnica jest dziś jedną z nielicznych gmin w Polsce, praktycznie w 100% zwodociągowaną i skanalizowaną, z siecią dróg gminnych na dobrym poziomie.

Pamięta Pan emocje, ludzi, trudne dyskusje i decyzje, które wtedy zapadały?

Pamiętam i to bardzo dobrze. Na plus tamtego okresu mogą powiedzieć, że dyskutanci nie byli odporni na rzeczowe argumenty. Własne ambicje nie grały takiej roli, a najczęściej wygrywała merytoryka. Lata I Kadencji Samorządu Oleśnickiego to wiele politycznych zmian: przejęcie zarządzania oświatą, restrukturyzacja zarządzania sportem i kulturą, zmiany nazw ulic. Wielkim wyzwaniem były przekształcenia przedsiębiorstw komunalnych: MPGKiM i KPRB, efektem naszych działań było powołanie do życia do dziś funkcjonujących i pracujących na rzecz mieszkańców ZBK i Spółki MGK. Wyprzedziliśmy o kilka lat ustawodawcę – ten model zarządzania został powielony w późniejszej (bo z 1996 r.) ustawie o gospodarce komunalnej.

Z roku na rok, albo raczej z kadencji na kadencję było łatwiej zarządzać i „budować” Oleśnicę?

I  łatwiej i trudniej. Z upływem czasu nabraliśmy doświadczenia. Rosły dochody Miasta i jego mieszkańców, integracja z Unią Europejską dała szansę na znaczące wpływy, co pozwoliło nam rozpocząć inwestycje w infrastrukturę społeczną. Powstała sala widowiskowa, kryty basen, hala sportowej, kompleks rekreacyjny, zmodernizowaliśmy stadion, zrewitalizowaliśmy stawy i parki miejskie, zmodernizowano placówki oświatowe, powstało wiele nowych pięknych placów zabaw dla dzieci. W tych kategoriach późniejszy czas był łatwiejszy, choć wielu straciło początkowy zapał i w grę zaczęły wchodzić osobiste i polityczne kalkulacje, co się komu bardziej opłaca. Nowoczesna komunikacja internetowa przyniosła postęp cyfrowy, ale także otworzyła puszkę Pandory z anonimowym hejtem. Postęp, choć w ostatecznym rozrachunku dobry, dla niektórych był bezlitosny.  Z tym zjawiskiem samorządowcy mierzą się praktycznie cały czas.  

A sam samorząd? On też rodził się z bólach, a teraz, mam wrażenie, nie jest na uprzywilejowanej pozycji. Boi się Pan jego upolitycznienia? Boi się Pan, że samorząd zostanie zawłaszczony, scentralizowany przez władze państwowe?

Od zawsze byłem zwolennikiem odpartyjnienia samorządu, to szczególnie istotne w naszej, w sumie, dość młodej demokracji. Trend na wejście partii w lokalne struktury był widoczny stosunkowo szybko, ale takie przyspieszenie, jak w ostatnich latach naprawdę niepokoi. Interesy ponadlokalne, partyjne dominują, a przecież nie o to chodzi. W samorządzie priorytetem musi być dobro miejscowe. To jest najważniejsze. 

I na koniec, jakich zmian, wsparcia oczekiwałby Pan dla samorządu ze strony władz państwa dla jego kolejne dziesięciolecia?

Po pierwsze – żeby nie szkodziły. Każdy samorząd musi mieć prawo samodzielnego definiowania celów i sposobów ich osiągania. Niech władze państwowe  przestaną nakładać na samorządy ciągle nowe zadania bez zapewnienia ich finansowania i niech przestaną stosować filozofię „weźmy się i zróbcie”. Mnożenie nowych obowiązków administracyjnych, sprawozdawczych nie rozwiązuje żadnego realnego problemu,  nie posuwa spraw do przodu. Administracja zamiast sprawnie działać, robi kolejne tabelki. Samorząd to my i nasze miejskie sprawy. Jak nie pomagają, to niech chociaż nie przeszkadzają.

Udostępnij:
REKLAMA
REKLAMA