„Pomagać najciszej”. Rozmowa o empatii, sensie i niewidzialnej pracy w ochronie zdrowia

Kim jest opiekun medyczny „od środka” – czego nie widzą pacjenci ani społeczeństwo?
Jako opiekun medyczny „od środka”, po kilkunastu latach pracy we wrocławskich szpitalach, a obecnie w Powiatowym Zespole Szpitali w Oleśnicy, mogę powiedzieć jedno: fundamentem mojej pracy zawsze była i nadal jest autentyczność w opiece nad drugim człowiekiem. Oczywiście zdarzają się słabsze dni jak w każdej profesji, jednak nigdy nie przekłada się to na jakość udzielanej opieki.
„Od środka” rola opiekuna medycznego oznacza dla mnie świadome towarzyszenie pacjentowi oraz próbę wejścia w jego sytuację tak, jakby dotyczyła mnie bezpośrednio. To właśnie ten wymiar empatii i wewnętrznej odpowiedzialności pozostaje często niewidoczny dla społeczeństwa. Opiekun medyczny to wciąż zawód cichy, niedostatecznie zauważany w systemie ochrony zdrowia.
Co w tym zawodzie jest dziś najtrudniejsze, a co daje największe poczucie sensu?
Uważam, że bez wewnętrznej iskry, jaką jest empatia, nie da się w tym zawodzie zrobić nawet pierwszego kroku. Bez niej wszystko szybko staje się zbyt ciężkie emocjonalnie. Sam widok ludzkiego cierpienia, zwłaszcza na oddziałach paliatywnych czy w hospicjum wymaga, by człowiek był wewnętrznie „poskładany”, uporządkowany. Największe poczucie sensu daje mi sam przywilej opieki nad pacjentem. Nie wyobrażam sobie siebie w pracy oderwanej od człowieka – w administracji czy w supermarkecie. To bycie „przy” i „z” drugim człowiekiem, który jest w potrzebie, nadaje mojej pracy głęboki sens.
Jak radzi Pan sobie emocjonalnie z bliskością choroby, starości i śmierci?
Z procesem starzenia się jest nam nieco łatwiej, to naturalna kolej rzeczy. Ze śmiercią natomiast nie da się do końca oswoić, podobnie jak z widokiem ciężkich chorób i samego umierania. Jak radzę sobie emocjonalnie? Wciąż dojrzewam i uczę się. Od 24 lat jestem przy łóżku chorego. Swój pierwszy dyżur w hospicjum musiałem przeżyć w sposób konstruktywny inaczej dawno bym zrezygnował. Bez tego wewnętrznego „wzmacniacza”, którym dla mnie jest wiara (rozumiana bardzo indywidualnie), nie wiem, czy dotrwałbym do dziś.
Kiedy pojawiła się potrzeba pisania – była ratunkiem, buntem czy formą świadectwa?
Moja przygoda z pisaniem zaczęła się, gdy miałem 15 lat. Warsztat literacki rozwijałem w lokalnych klubach literackich w rodzinnym Bełchatowie, jeszcze zanim przeprowadziłem się do Oleśnicy. Wtedy pisanie było raczej młodzieńczą ucieczką w świat literatury niż buntem.
Po latach pracy w ochronie zdrowia moje pisanie stało się zapisem osobistych doświadczeń i próbą przeniesienia szpitalnej rzeczywistości do świata literatury. Dziś mogę powiedzieć, że moje felietony są formą świadectwa oraz swoistym „zwierzeniem ze szpitalnego brudownika”. To również proces autoterapii. Po prostu: wiersze mnie leczą.
Czy pisze Pan bardziej jako autor czy jako opiekun?
Zdecydowanie bardziej jako opiekun medyczny. Zawsze staram się przenieść swoje doświadczenie opiekuńcze na papier w taki sposób, aby czytelnicy – zwłaszcza inni opiekunowie mogli się z nim utożsamić. Chcę przekazać cząstkę siebie, a jednocześnie cząstkę nas wszystkich.
Czy bohaterowie Pana książek to konkretni ludzie, czy raczej symbole doświadczeń?
To zależy od książki. „Zwierzenia ze szpitalnego brudownika” mają wyraźnie literacki, symboliczny charakter. Te felietonowe zapiski powstawały w czasie pandemii COVID-19. Pierwotnie miała to być powieść o dwojgu medykach, których połączył przypadkowy e-mail i głęboka przyjaźń. Z powodów osobistych współautorka wycofała się z projektu i książka przyjęła formę felietonowych zapisków.
„Pomagać najciszej” – co znaczy to „najciszej” w realiach systemu ochrony zdrowia?
„Pomagać najciszej” to określenie, które odnosi się do istoty zawodu opiekuna medycznego. Nasza praca nie jest spektakularna. Nie leczymy jak lekarze ani nie działamy interwencyjnie jak ratownicy medyczni. Pomagamy ciszej, ale to nie znaczy, że mniej ważnie.
Opiekun medyczny jest integralną częścią zespołu terapeutycznego obok lekarza, pielęgniarki czy rehabilitanta. Użyłem tego określenia, ponieważ wciąż zbyt rzadko mówi się w Polsce jasno i wyraźnie, kim jest opiekun medyczny, jakie ma kompetencje i kwalifikacje oraz jaki jest realny zakres jego odpowiedzialności.
Która z Pana książek jest najbardziej osobista?
Zdecydowanie „Pomagać najciszej”. To moja książka „pierworodna” od której wszystko się zaczęło: pierwsze dyżury, pierwsze doświadczenia w opiece nad osobami chorymi, niesamodzielnymi, ale też nad osobami w kryzysie bezdomności. To moja żywa, szpitalna historia.
Czy pisanie pomaga przetrwać kolejne dyżury?
Każde pisanie pomaga mi jako autorowi coś w sobie „przetrawić”. Nie nazwałbym tego jednak przetrwaniem, gdzie to słowo kojarzy mi się raczej z polem walki. Pisanie jest dla mnie literackim azylem i sposobem pozostawienia czytelnikowi czegoś ważnego. Z całą pewnością bardzo mi pomaga i wciąż mnie rozwija.
W „Życiu po kryzysie” porusza Pan temat psychicznej odbudowy – czy opiekunowie mają dziś przestrzeń na słabość?
Książka „Życie po kryzysie” jest dla mnie swoistym obnażeniem siebie i opowieścią o tym, co przed laty mnie mocno sponiewierało. Dziś żyję w wolności od alkoholu. Jeśli ktoś, kto sięgnął po tę książkę, doświadczył choćby chwili refleksji: „a może spróbuję coś zmienić w sobie, otworzę się na psychoterapię albo poszukam dla siebie odpowiedniej grupy wsparcia” byłby to dla mnie osobisty zaszczyt. Wystarczyłoby mi usłyszeć echo od choćby jednego czytelnika, że moje kilkuletnie doświadczenie życia po kryzysie stało się dla niego cząstką własnej drogi ku wolności. Chciałbym zarażać tą wolnością, nie tylko od alkoholu, lecz od wszelkich używek zmieniających nastrój. Wciąż marzę o stworzeniu grupy wsparcia dla osób uzależnionych od alkoholu, ale innej niż standardowe, samopomocowe mityngi AA. Grupy, która byłaby przestrzenią przyjazną sztuce, rozumianej terapeutycznie – czymś na kształt arteterapii, gdzie proces zdrowienia mógłby iść w parze z twórczym wyrażaniem siebie.
Dlaczego zdecydował się Pan na działalność związkową?
Nasz Ogólnopolski Związek Zawodowy Opiekunów Medycznych i Pracowników Pomocy Społecznej, gdzie pełnię społeczną funkcję wiceprezesa oraz współzałożyciela, przeszedł etap trzykrotnej próby powołania naszej związkowej organizacji. Dopiero w 2024 roku w październiku, kiedy wraz z Marcinem Bugajskim, któremu notabene zaproponowałem objęcie funkcji prezesa, połączyliśmy swoje siły i działalność związkową udało nam się zarejestrować w Krajowym Rejestrze Sądowym we Wrocławiu. Uznałem, że ta dość trudna inicjatywa związku zawodowego może pomóc zapewne w różnych płaszczyznach i aspektach opiekunom medycznym. Zresztą bardzo mocno dążyłem do tego, żeby to był samodzielny, niezależny i jedyny związek zawodowy zaadresowany tylko dla opiekunów medycznych na skalę krajową. Zresztą takiego drugiego związku zawodowego w Polsce nie ma, który mimo rocznego funkcjonowania umożliwił wiele szkoleń w ramach punktów edukacyjnych dla grupy zawodowej opiekunów medycznych.
Jakie są dziś największe problemy opiekunów medycznych w Polsce?
Najprościej mówiąc, opiekunowie medyczni w Polsce zmagają się dziś z niskimi i niesprawiedliwymi wynagrodzeniami, które widoczne są w domach pomocy społecznej, gdzie opiekunowie medyczni za tę samą pracę zarabiają znacznie mniej niż w szpitalach, ponieważ funkcjonowanie domów opieki społeczne podlegają pod Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej a podmioty lecznicze takie jak szpitale podlegają pod Ministerstwo Zdrowia i stąd ta destrukcyjna różnica pomiędzy szpitalami a instytucjami pomocy społecznej. Do tego dochodzi chaos prawny i nadmierna biurokracja, zwłaszcza związana z rejestrem zawodowym, co u wielu opiekunów medycznych rodzi realny lęk przed utratą prawa do wykonywania zawodu.
Jednocześnie systematycznie rozszerza się zakres obowiązków i odpowiedzialności opiekunów, ale nie idą za tym ani adekwatne pensje, ani realne zabezpieczenia zawodowe. Brakuje rąk do pracy, nie ma jasnych norm zatrudnienia, przez co wiele osób pracuje ponad siły, często na granicy wypalenia.
Dodatkowym problemem jest niejasne miejsce opiekuna medycznego w systemie ochrony zdrowia i pomocy społecznej, co prowadzi do napięć i konfliktów kompetencyjnych z innymi zawodami medycznymi. Wreszcie, wciąż bardzo słabo funkcjonuje system informacji dotyczący kształcenia ustawicznego i punktów edukacyjnych — wielu opiekunów zwyczajnie nie wie, gdzie i w jaki sposób mogą je zdobywać.
To wszystko razem sprawia, że zawód opiekuna medycznego pozostaje niedoceniony, mimo że jego rola w systemie jest dziś absolutnie kluczowa.
Czego najbardziej brakuje w systemie opieki – pieniędzy, ludzi czy empatii?
W przypadku opiekunów medycznych problem zaczyna się już na poziomie systemowym. Coraz więcej osób kończy szkoły policealne w tym zawodzie, natomiast realnych miejsc pracy w szpitalach jest zdecydowanie za mało. Z mojego punktu widzenia rynek ochrony zdrowia albo stał się przesycony zawodem opiekuna medycznego, albo co bardziej prawdopodobne po prostu brakuje środków finansowych, by te miejsca pracy tworzyć i utrzymać. To pokazuje, że nie mamy dziś do czynienia z brakiem ludzi czy empatii, lecz z brakiem stabilnego finansowania i racjonalnego planowania kadr opiekunów medycznych. Bez tego nawet najlepiej przygotowani i najbardziej zaangażowani opiekunowie nie są w stanie znaleźć swojego miejsca w systemie ochrony zdrowia.
Czego nauczyli Pana pacjenci o życiu?
Praca zarówno w środowisku szpitalnym, jak i domowym, to znaczy tam, gdzie na pierwszym miejscu zawsze jest człowiek i powinien być człowiek – uczy przede wszystkim cierpliwości. To właśnie pacjenci uczą mnie cierpliwości każdego dnia. Dzięki pacjnetom wiem, że w opiece niczego nie da się przyspieszyć, a uważność, spokój i obecność często znaczą więcej i są po prostu na wagę złota.
Czy jest zdanie, które szczególnie często Pan słyszy w pracy i które zapada w pamięć?
Tak. Najprostsze i najważniejsze; – „dziękuję za pomoc”.