„Oleśnica widzi puchatą maskotkę, my widzimy cierpienie i śmierć setek tysięcy zwierząt”
Króliczy problem w Oleśnicy narasta od szesnastu lat. Zwierzęta, które kiedyś bezmyślnie wypuszczono na wolność, zadomowiły się w miejskim krajobrazie, stając się nieformalną atrakcją turystyczną. Zupełnie inaczej patrzy na to Agnieszka Włosek – behawiorystka, techniczka weterynarii i osoba od 30 lat związana z opieką nad tym gatunkiem. Do Oleśnicy przeprowadziła się z Wrocławia zauroczona klimatem miasta, jednak zderzenie z losem tutejszych zwierząt określa krótko: koszmar.
„Nie wiedziałam, że dochodzi tu do takich tragedii”
– Powoli zaczynam czuć się oleśniczanką. Nasze działania absolutnie nie są wycelowane w miasto – zaznacza Agnieszka Włosek. – Wiele lat temu mieszkałam tu w trakcie studiów, zakochałam się w tutejszej atmosferze i ludziach, dlatego w Oleśnicy kupiłam mieszkanie. Jednak mieszkając we Wrocławiu, nie zdawałam sobie sprawy, co naprawdę się tu dzieje. Przez lata byłam domem tymczasowym dla zwierząt z całej Polski, prowadziłam adopcje, znam ten gatunek od podszewki. Oleśnica prezentuje społeczną nieznajomość królików w sposób niezwykle jaskrawy. Mieszkańcy patrzą na to od 16 lat, a miasto zyskało we mnie obywatela, który postanowił wreszcie zaprowadzić porządek.
Jak wskazuje aktywistka, w mieście żyje obecnie od 80 do 150 osobników. Choć w skali populacji nie wydaje się to zawrotna liczba, kryje się za nią przerażająca statystyka śmiertelności.
Czytaj także:
– W ciągu ostatnich lat w Oleśnicy mogło zginąć kilkaset tysięcy królików – wylicza behawiorystka. – Ciąża u samicy trwa około 32 dni, rodzi od 8 do 10 młodych, a w ciągu roku może mieć nawet do 8 miotów. Jedna samica to około 80 młodych rocznie. Skoro nie widzimy tych tysięcy biegających po mieście, to gdzie one są? To są te martwe zwierzęta, które giną rozszarpywane przez koty, lisy i dzikie ptaki. Giną, bo ludzie z premedytacją zasypują nory. Sama byłam świadkiem, jak króliki były rozjeżdżane przez samochody.
Schorowane stado, ataki psów i zaproszenie dla urzędników
Obecnie zwierzęta trafiające pod opiekę wolontariuszy są w opłakanym stanie, a kartoteki weterynaryjne pęcznieją.
– Oleśniczanie widzą tylko małego, puchatego króliczka. Nie widzą tego, jak kot wybiera z norki noworodki. Wiele osobników cierpi na zaawansowaną kokcydiozę, ma potężne zmiany zwyrodnieniowe, są skrajnie wyczerpane. Trzymamy je w naszych prywatnych lokalach, ale nie mamy już warunków, by izolować chore zwierzęta – alarmuje Włosek. Zwraca też uwagę na akty wandalizmu i agresji: – To nie jest normalne, że ludzie wbijają w nory pale, chodzą z psami i urządzają polowania na króliki. Mamy nagrania tych osób i przygotowane są już pozwy.
Aktywistka ostro odnosi się również do wypowiedzi burmistrza w Radiu Wrocław, który deklarował, że pracownicy magistratu codziennie doglądają i dokarmiają zwierzęta.
– Znam ludzi, którzy rzeczywiście je dokarmiają, ale urzędników nigdy tam nie widziałam – mówi twardo. – Chcę wykazu tych osób. Niech przyjdą do nas na wolontariat. Niech posprzątają klatki, podadzą leki, zobaczą zaropiałe oczy i odbyty. Niech przyjdą na sekcję zwłok i poczują zapach umierającego, chorego zwierzęcia.
„Wyleczyć i wypuścić na skwer? Czy miasto na to stać?”
Agnieszka Włosek zwraca uwagę na konieczność rzetelnej edukacji – nie tylko najmłodszych, ale również służb mundurowych. Dziwi się też narracji dotyczącej miejskich wydatków i krytykuje dotychczasowe inwestycje ratusza, m.in. skwerek utworzony na placu Staszica, który określa wprost jako „pieniądze wyrzucone w błoto”.
– Najbardziej kuriozalne jest zasłanianie się finansami miasta przy jednoczesnym braku logicznego planu – tłumaczy. – Zaszczepienie, kastracja i wyleczenie z kokcydiozy jednego królika to wydatek rzędu 1500 zł. Przy ciężko chorym osobniku koszty rosną do 2500–3500 zł. Pomnóżmy to przez zaledwie 80 sztuk – robi się z tego potężna kwota. I w tym momencie słyszę propozycję, żeby te wyleczone króliki… ponownie wypuścić na miejskie skwery. Naprawdę Oleśnicę na to stać? Co roku mamy je wyłapywać za tysiące złotych i leczyć od nowa? Tylko po to, żeby mama spacerująca z dzieckiem mogła powiedzieć: „zobacz, jaki ładny króliczek”?
Plan na 10 lat i alternatywa: sala sądowa
Stowarzyszenie próbuje załatwić sprawę polubownie, ale czas dialogu bez konkretów dobiega końca. Do burmistrza trafi ostateczna propozycja.
Rozwiązaniem ma być użyczenie stowarzyszeniu miejskiego budynku na okres 10 lat z przeznaczeniem na azyl lub oficjalne schronisko dla królików.
– Dajcie nam budynek na 10 lat, a my w tym czasie całkowicie uporamy się z problemem miejskiej populacji – deklaruje Agnieszka Włosek. – Każda sztuka zostanie wyłapana, profesjonalnie zaopiekowana medycznie, a następnie przygotowana do adopcji. Mieszkańcy będą mogli zyskać wspaniałego, domowego pupila, którego pokochają, a te zwierzęta po prostu na to zasługują.
Jeśli ratusz odrzuci propozycję, stowarzyszenie zapowiada twardą walkę na drodze prawnej.
– Mogłam już dawno pójść do sądu. Przy liczbie dowodów i dokumentacji, jaką posiadamy, sprawa byłaby w stu procentach wygrana. Tylko czy Oleśnica naprawdę chce takiego rozgłosu? – pyta aktywistka. – Mogę być najbardziej znienawidzonym mieszkańcem tego miasta, jest mi to obojętne. Ale jeśli te króliki będą wreszcie bezpieczne, a o Oleśnicy w całej Polsce przestanie się mówić per „Obleśnica” czy „krwawa Oleśnica”, to będę z tego dumna. Bardzo chcę wierzyć, że spotkamy się z burmistrzem w pół drogi i załatwimy to polubownie.
Czytaj także: