REKLAMA

Na pierwszej linii dziecięcych dramatów. Ich praca nigdy się nie kończy

Katarzyna Kijakowska | Katarzyna Kijakowska
Na pierwszej linii dziecięcych dramatów. Ich praca nigdy się nie kończy
Są empatyczne, mądre i odważne. Dlatego trzeba doceniać i rozumieć osoby prowadzące pieczę zastępczą.
W ich domach nie istnieje pojęcie „po godzinach”. Nie ma ciszy po pracy, zamykania drzwi ani odkładania problemów na jutro. Są za to nocne dyżury przy łóżku dziecka, poranne telefony do terapeutów, nagłe wizyty u lekarzy i stała gotowość na wszystko, co może przynieść kolejny dzień. W powiecie oleśnickim to właśnie one – kobiety prowadzące zawodowe rodziny zastępcze i rodzinne domy dziecka – tworzą bezpieczną przystań dla dzieci, które nie miały szczęścia dorastać w bezpiecznym domu.
REKLAMA

Wczoraj Rada Powiatu Oleśnickiego podjęła decyzję o podwyższeniu wynagrodzeń dla zawodowych rodzin zastępczych i prowadzących rodzinne domy dziecka. Do tej pory ich pensje były niższe niż minimalne wynagrodzenie. Teraz nieco wzrosły. – Nie powiemy, że jesteśmy w pełni usatysfakcjonowane, ale pierwszy raz ktoś powiedział: widzimy wasz trud – mówią.

To pierwsza taka decyzja od lat. Symboliczna, ostrożna, ale ważna. – Mamy nadzieję, że to dobry początek do zrozumienia tego, iż piecza zastępcza to ciężka, całodobowa praca – bez urlopów, bez chorobowego, bez realnych zabezpieczeń socjalnych – podkreślają moje rozmówczynie.

„To jest 24 godziny na dobę, 365 dni w roku”

Agnieszka Gierus mówi spokojnie, bez patosu. – Chciałabym, żeby ludzie zobaczyli, jak ta praca wygląda od środka. Co znaczy sprawować pieczę nad dziećmi przez całą dobę. Bez urlopu. Bez chorowania.

Do ich domów trafiają dzieci po traumach, zaniedbaniach, przemocy, z niepełnosprawnościami i zaburzeniami rozwojowymi. – To nie są dzieci tylko „do przytulenia”, bo bywa, że na początku one się nawet tego przytulania boją. To dzieci z ogromnymi potrzebami – emocjonalnymi, zdrowotnymi, rozwojowymi – podkreśla.

Marzena Tomalik od sześciu lat prowadzi zawodową rodzinę zastępczą. Mówi o czymś, czego nie widać w statystykach ani sprawozdaniach. – My możemy stawać na głowie, budować dziecko od zera, a wystarczy jedno zdanie w szkole: „Ty nie masz mamy ani taty” i nagle wracają lęk, złość, niska samoocena – opowiada. – Dziecko cofa się o kilka kroków. Bardzo często zmagamy się z problemami, które dzieci wyniosły z domów biologicznych. I to są rzeczy, których nie da się „naprawić” pieniędzmi.

„Pieniądze na dziecko to nie są pieniądze dla nas”

Kobiety zgodnie podkreślają jedno: środki przyznawane na dzieci nie są dodatkiem do domowego budżetu. Trafiają na terapie, rehabilitację, leczenie i dojazdy do specjalistów, często rozsianych po całej Polsce.

Agnieszka Gierus opowiada historię dziewczynki z zespołem Downa, która trafiła do jej domu. Miała 18 miesięcy. Nie chodziła, nie mówiła, nie wykonywała żadnych czynności. Od pierwszego dnia to była rehabilitacja – codzienna, żmudna.

Dziś dziecko chodzi, zaczyna mówić i funkcjonuje znacznie lepiej, niż przewidywali lekarze. – Ludzie, którzy nie widzieli jej dwa, trzy miesiące, mówią: to niemożliwe. A to jest ciągła praca – z terapeutami i w domu – opowiada. Dziewczynka ma chore serce i problemy ze wzrokiem. – Jeździmy do specjalistów w całej Polsce. Pieniądze naprawdę mamy na co wydawać. Chcę jej pomóc, bo co ją w życiu czeka? DPS? – pyta retorycznie.

Sąd w kuchni, kurator w salonie

Z dzieckiem do domu wchodzi cały system: sądy, kuratorzy, dokumenty, postępowania rodzinne i – bardzo często – rodzice biologiczni.

Marzena Ciechanowska z Miłowic od siedmiu lat prowadzi rodzinny dom dziecka i opiekuje się siedmiorgiem dzieci. – Nie każdego stać, żeby wziąć obce dziecko do domu. Bo razem z nim przychodzą sprawy sądowe, kuratorzy, rodzice biologiczni. Rodzice, którzy nierzadko obwiniają opiekunów za decyzje instytucji. Słyszymy, że to przez nas dzieci zostały im zabrane. A my zostajemy z tym sami – mówi i dodaje jeszcze jeden istotny fakt: – Pracujemy na umowie zlecenie. Nie mamy zwolnień lekarskich, urlopów. Nawet o raty w banku jest ciężko.

Najmłodsi – najbardziej bezbronni

Ilona Izdebska i Alicja Dzieszuk zajmują się najmłodszymi dziećmi – noworodkami i niemowlętami.

– Najmłodsze dziecko, które do mnie trafiło, miało sześć dni – opowiada pani Alicja..

Przez ostatnie dziesięć lat przez jej dom przewinęło się 17 dzieci. Większość trafiła do adopcji. Ale nie zawsze to takie proste. – Tosia mogłaby już mieć nowy dom. Ale rodzina biologiczna składa kolejne pisma w sądzie, chociaż tak naprawdę nie chce się nią opiekować.

Efekt? – Dziecko jest zablokowane. Miejsce jest zablokowane. A im dłużej to trwa, tym trudniej będzie jej odejść do adopcji – podkreśla.

„Oddałam tej pracy całe życie”

Jola Domagała prowadzi rodzinny dom dziecka wspólnie z mężem. – Dzieciom poświęciłam całe życie – mówi, wspominając, że wiele lat temu, już jako mama dwójki biologicznych dzieci, zapragnęła stworzyć dom dla dziecka adoptowanego. – Chłopiec, który nas wtedy trafił miał rodzeństwo, które pozostało w placówce – opowiada. – Kiedy rozpoczęliśmy starania o zabranie ich do nas nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego jest w nim taki opór. Dopiero po jakimś czasie przyszła refleksja i zrozumienie – w rodzinnym dom to on, choć miał tylko 7 lat, był za rodzeństwo odpowiedzialny, sprawował opiekę, był karany. Myślał, że w nowym domu będzie tak samo.

Dlaczego jest ich tak mało?

Dziś w całym powiecie oleśnickim funkcjonuje zaledwie pięć zawodowych rodzin zastępczych i dwa rodzinne domy dziecka. To dramatycznie mało w zestawieniu z realnymi potrzebami.

Kobiety nie uciekają od trudnych pytań. – My kochamy tę pracę. Ale musimy też myśleć o sobie. O zdrowiu. O emeryturze. O godnej pensji – przyznaje Ilona Izdebska, która dodaje, że oprócz trudnych historii, z którymi trafiają do ich domów dzieci po przejściach, jest też ocena obcych ludzi. – Ludzi, którym wydaje się, że „zarabiamy” na tym, że zapewniamy dzieciom dom, że dajemy im opiekę, wyciągamy z traum czy chorób – mówi. – Skoro mamy tak dobrze to dlaczego rodzin podejmujących się pieczy zastępczej wciąż jest tak dramatycznie mało.

Podwyżki to pierwszy krok. Mały, ale potrzebny. Bo jeśli zabraknie ludzi gotowych podjąć się tej odpowiedzialności, dzieci pozostaną bez domu, który – niezależnie od pory dnia i nocy – nigdy nie zamyka drzwi.

Udostępnij:
REKLAMA
REKLAMA