Miał zostać sportowcem, a przyjął święcenia kapłańskie. Diagnoza lekarska nie pozostawiła mu żadnych złudzeń
Ks. Teodor Sawielewicz, twórca Teobańkologii, opowiedział Sportowym Faktom o swojej przygodzie ze sportem.
Ks. Teodor był świetnie zapowiadającym się sportowcem. 2 kwietnia 2005 roku usłyszał jednak diagnozę, która odmieniła całe życie. – Lekarze zdiagnozowali u mnie chorobę zwyrodnieniową kolan i zakazali dalszych treningów. O kontynuowaniu dobrze zapowiadającej się kariery nie było nawet mowy – opowiadał Sportowym Faktom. – Przekazano mi, że skuteczna rehabilitacja kolan była niemożliwa, a problem można tylko „jakoś” zaleczyć. Z tego powodu nie mogłem kontynuować wyczynowego sportu. Z dnia na dzień zostałem pozbawiony sensu życia i zacząłem nienawidzić samego siebie. Nie potrafiłem zaakceptować, że inni wciąż mogą trenować, a moje życie już nigdy nie będzie takie same.
Bieganie było jego życiem
Twórca Teobańkologii przyznał, że bieganie to było całe moje życie. – Często zdarzało się, że kończąc lekcje w szkole, prosiłem kolegę o zabranie mojego plecaka, a 16 kilometrów do rodzinnego domu pokonywałem, biegnąc – opowiadał. – Trenowałem codziennie i dość szybko zaczęły przychodzić dobre wyniki, a to rozbudzało marzenia o wielkiej karierze i udziale w międzynarodowych zawodach. Do kościoła chodziłem, byłem nawet ministrantem, ale nie przekładało się to na moją codzienność.
– Uznałem, że w moim życiu jest ktoś znacznie potężniejszy ode mnie i to on o wszystkim decyduje – mówi teraz, nawiązując do pracy kapłana. – Dla niego nie liczą się efekty, ale starania, a moje braki on uzupełnia. To daje spokój i sprawia, że jest się wydajniejszy. Nie ma też poczucia niezastąpienia i ciągłej presji. Oczywiście przychodzą jeszcze momenty, w których chciałbym pójść pobiegać, a nawet wystartować w zawodach, ale wiem, że moja choroba dyskwalifikuje mnie w roli zawodowego sportowca i muszę zadowolić się innymi formami spędzania wolnego czasu jak choćby rower, czy pływanie – przyznaje na zakończenie.