Dwa pokolenia, jedna scena. Jak ojciec i syn ze Stradomi Wierzchniej stworzyli Fryt Band
Historia Seweryna to podręcznikowy przykład tego, jak wielki wpływ na dziecięce wybory ma środowisko, w którym dorasta. – Muzyka towarzyszy mi od dziecka – opowiada Seweryn.
To właśnie ojciec, który w przeszłości pracował jako nauczyciel muzyki i aktywnie udzielał się w zespołach, naturalnie zaszczepił w domu artystycznego bakcyla. Mały Seweryn od początku wykazywał zainteresowanie światem dźwięków, a Robert chętnie zabierał go na swoje próby.
Jeden z takich wyjazdów zapisał się w pamięci Seweryna w sposób szczególny. – Doskonale pamiętam próbę, gdy wszedłem na salę i usłyszałem rytm perkusji. To uderzenie dosłownie przeszyło moje ciało. Od tamtego momentu powtarzał tylko jedno: będzie grał na bębnach.
Dziecięca fascynacja szybko przerodziła się w praktykę, co do dziś wywołuje uśmiech u członków rodziny. -Były takie śmieszne historie, że naprzeciwko domu mieliśmy park. Zrywałem z drzew gałęzie, które miały imitować pałki perkusyjne. W domu wyciągałem garnki z szafek i tak odbywały się moje pierwsze, wielkie koncerty – wspomina muzyk.
Fortepian, który otwiera głowę
Zapał był ogromny, ale rzeczywistość szybko zweryfikowała plany. W najbliższej okolicy po prostu nie było nikogo, kto mógłby profesjonalnie uczyć gry na tym instrumencie. Wtedy do gry wkroczyło pedagogiczne wyczucie Roberta.
Ojciec wpadł na pomysł, by syn zaczął od fortepianu. Przekonywał, że to fundament, instrument, który „otwiera głowę i daje niezwykle szerokie spojrzenie na muzykę”. W wieku zaledwie 6 lat Seweryn został zapisany do pani Wandy Kaszycy na kurs przygotowujący do egzaminów do szkoły muzycznej. Plan się powiódł. Chłopiec dostał się do Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia w Sycowie, gdzie przez sześć lat uczył się gry na fortepianie.

Rozpoczęcie profesjonalnej edukacji muzycznej wiązało się z wejściem w tryb życia, który dla wielu dzieci byłby nie do udźwignięcia. Seweryn musiał łączyć regularną naukę w szkole podstawowej w Dziadowej KłodzIe z obowiązkami artystycznymi.
– To nie był łatwy czas – przyznaje bez ogródek. – Po 3-4 razy w tygodniu byłem w Sycowie, całe popołudnia i wieczory. Bywały chwile zwątpienia, zwłaszcza w momentach, gdy moi rówieśnicy po lekcjach szli na boisko grać w piłkę, a ja musiałem ćwiczyć.
Ten wysiłek nie miałby racji bytu, gdyby nie tytaniczna praca całej rodziny. W codzienne dojazdy zaangażowani byli rodzice oraz dziadkowie. Szlak ten zresztą przetarto solidnie – obie siostry Seweryna również ukończyły sycowską szkołę muzyczną.
W tej machinie wsparcia szczególne miejsce zajmuje babcia Krysia. – Jeździła ze mną na egzaminy i zawsze swoimi, tylko sobie znanymi sposobami, potrafiła mnie uspokoić i zmotywować. Zresztą robi to do dzisiaj! Jakieś dwa tygodnie temu grałem swój dyplom z perkusji na studiach. Babcia oczywiście przyjechała na ten koncert razem z rodzicami – opowiada z wdzięcznością Seweryn.
Trzy szkoły naraz i jazz na Kościuszki
W Sewerynie wciąż tliła się pierwotna, perkusyjna pasja. Rodzice zawarli z synem umowę: jeśli w szkole muzycznej utrzyma dobre stopnie, znajdą dla niego nauczyciela gry na perkusji. Obietnicy dotrzymano i pod koniec trzeciej klasy chłopiec rozpoczął naukę w kolejnej placówce – w Namysłowie. Z pomocą przyszedł pan Adam Trela, który podsunął rozwiązanie tej logistycznej układanki, dzięki czemu młody muzyk zaczął ciągnąć trzy szkoły jednocześnie.
Klasyka dała mu solidne fundamenty, ale wybór dalszej drogi był jasny: muzyka rozrywkowa. W tamtym czasie jedyną taką placówką w Polsce była Wrocławska Szkoła Jazzu i Muzyki Rozrywkowej przy ul. Kościuszki. Trafił do niej jako 13-latek. To tam skończył gimnazjum i szkołę średnią, wychodząc z dyplomem zawodowego muzyka. Dziś jest na finiszu studiów pedagogicznych (zdobył już licencjat, ma przed sobą obronę magisterki). A scena? Pierwszy prawdziwy, koncertowy chrzest bojowy przeszedł równe 10 lat temu, mając niespełna 16 lat, gdy ojciec zaproponował mu wspólne granie.
Ścierka rzucona w kąt i dyrektor, który dostrzegł charakter
Żeby jednak Robert mógł zaprosić syna na scenę, sam musiał przejść wyboistą drogę. Jej motorem napędowym była niezłomna wiara jego mamy, Krysi. Choć sama nie ma słuchu muzycznego, instynktownie czuła talent syna.

Gdy Robert miał 11 lat, ze Stradomi do szkoły muzycznej w Sycowie na egzaminy pojechała piątka dzieci. Wszyscy zdali, ale dla Roberta zabrakło miejsca. Przyszło zwątpienie, aż do telefonu z sekretariatu – wszyscy, którzy zdali, mieli się ponownie stawić w szkole. – Mama jak to usłyszała, rzuciła ścierkę i biegiem ruszyliśmy do autobusu do Sycowa – opowiada z uśmiechem wójt. Na miejscu zorganizowano dodatkowe przesłuchanie. Stres zrobił swoje – 11-letni Robert kompletnie nie rozumiał, czego oczekuje od niego nauczyciel i z płaczem wybiegł z sali. W drzwiach zderzył się ze śp. Romanem Ćwiękałą, założycielem i ówczesnym dyrektorem placówki. Ten kazał matce jeszcze raz wprowadzić chłopca do środka. – Przyjmę cię, bo masz charakter – usłyszał zapłakany Robert. Z tej piątki dzieciaków ze Stradomi, dziś gra tylko on.
Walka o opuszki i proroctwo księdza Kazimierza
W szkole muzycznej Robert uczył się gry na klarnecie, ale pojawił się nietypowy problem – miał zbyt małe opuszki palców, co powodowało defekty muzyczne. Usłyszał wyrok: musi przerwać naukę na rok. Dla jego mamy było to nie do przyjęcia. W domu zaczęli stosować najróżniejsze metody, by „powiększyć” opuszki. Upór popłacił – Robert skończył szkołę terminowo w 1992 roku.
Muzyka została z nim głównie za sprawą kościoła. Już jako 13-latek został organistą w Stradomi Wierzchniej. Początki na chórze bywały trudne. Pewnego razu jeden z mieszkańców wypalił, że skoro Robert nie umie grać, to żeby się za to nie brał. Chłopak zalał się łzami. Wtedy podszedł do niego ksiądz Kazimierz, złapał go mocno za ramię i powiedział: „Jeszcze będziesz organistą, którego wszyscy będą chcieć”. I to się spełniło. Robert gra do dziś w kościołach w Szczodrowie, Sycowie czy Dziadowej Kłodze. Później, gdy po 5-letnim technikum ogrodniczym trafił na wychowanie muzyczne w Częstochowie, znów szeroko otworzył oczy na muzykę, chłonąc ją całą swoją istotą. Został nauczycielem, zrobił podyplomówkę z w-f i pracował w szkołach w Dziadowej Kłodzie i Stradomi Wierzchniej.
Od „Vat-u” do w pełni pełnowymiarowego „Fryt Bandu”
Historia zespołów weselnych Roberta rozpoczęła się w 1994 roku. Pierwszy skład, „Maxi”, tworzyli koledzy ze Stradomi. Po czterech latach narodziła się grupa „Vat”, z którą Robert grał przez imponujące 20 lat.
Przełom nadszedł między 2015 i 2016 rokiem, gdy do zespołu dołączył Seweryn. Był epizod pod szyldem „Zimne Frytki”, ale panowie czuli, że ich styl nie jest do końca określony. Stwierdziliśmy, że gramy na tyle długo i prezentujemy taki poziom, że możemy z dumą firmować zespół własnym nazwiskiem – tłumaczy Robert. Tak w 2023 roku narodził się Fryt Band.
Pałeczkę głównego organizatora przejął Seweryn. – Pierwsza rzecz, która została całkowicie zmieniona, to określenie tego, kto i za co dokładnie odpowiada – podkreśla dumny ojciec. Zespół potrafi pojechać na wesele oddalone o 300 kilometrów od domu. Wszystko – od godziny wyjazdu po rozstawienie sprzętu – musi być dopięte na ostatni guzik.
Prawdziwy artystyczny i organizacyjny przełom nastąpił jednak w roku, w którym do ojca i syna dołączyli Staszek, Hubert oraz Nikola – absolwentka wokalistyki estradowej i, jak z dumą podkreśla Robert, jego przyszła synowa. – Kluczem do sukcesu jest to, że mamy w zespole ludzi, którym po prostu się chce. Zgadzamy się ze sobą charakterami, co w trasie i przy tak intensywnej współpracy jest absolutnie najważniejsze – podkreśla Seweryn. To właśnie ta ludzka chemia sprawia, że mają energię grać w piątek nad morzem, a w sobotę w Sieradzu czy Malborku, odwiedzając zamki, pałace i piękne sale w całej Polsce.
Imię po idolu i uczeń, który przerósł mistrza
Skąd u wójta Dziadowej Kłody tak wielkie zamiłowanie do popu? – Zakochałem się w Czerwonych Gitarach, gdy miałem 13 lat. I to był koniec! Przestałem przez to pasować do kolegów, którzy słuchali ciężkiej muzyki – śmieje się Robert. Dodaje też: Nasza ogólna spójność polega też na tym, że Seweryn ma na imię tak, a nie inaczej! To muzyczny hołd oddany Sewerynowi Krajewskiemu.

Fakt, że syn przejął stery w zespole, to dla Roberta powód do dumy. – Nie mam w sobie przekonania, że uczeń nie może przerosnąć mistrza. Jestem dumny, że Seweryn przejął ten zespół. Dotarliśmy się – mówi.
Początki wymagały kompromisów. Jak przyszedłem do taty grać, to chciałem wyczyniać na perkusji nie wiadomo co – przyznaje Seweryn. – Ale wesele to muzyka taneczna. Z każdym rokiem moja wizja gry się zmieniała. Ostatecznie mamy to samo spojrzenie na świat przez pryzmat muzyki.
We Fryt Bandzie każdy ma swoje miejsce. Robert jest frontmanem i konferansjerem, Nikola śpiewa, a Seweryn odpowiada za organizację, dźwięk i wizerunek. Zgrany zespół nie zamierza jednak osiadać na laurach. W planach mają pójście w wersję koncertową i nagranie własnej piosenki. Mają już za sobą akustyczne koncerty z kolędami i występy dla seniorów z przebojami lat 70. i 80.
Śpiewający wójt łamie stereotypy
Jak na włodarza gminy, który w weekendy zamienia garnitur urzędnika na estradowy mikrofon, patrzą jego wyborcy? Robert Fryt uśmiecha się na to pytanie. – Oni mnie takiego znali od zawsze – mówi bez cienia zawahania. – Nikt, nigdy nie postawił mi tego jako zarzutu. Zresztą, jestem typem człowieka, który lubi łamać stereotypy.
Dla Roberta obie te życiowe role mają jasną hierarchię. Muzyka nie jest ucieczką od obowiązków, lecz pasją, która napędza go do działania. – W moim przypadku muzyka po prostu jest i zawsze była na pierwszym miejscu. A praca wójta? To dla mnie ogromny zaszczyt i dowód zaufania od ludzi.