Kreda, deski ze strychów i stado gęsi. Jak powojenni pionierzy stworzyli szkołę w Smolnej
Gdy wiosną i latem 1945 roku na Ziemie Odzyskane docierały pierwsze transporty z osadnikami, rzeczywistość powiatu oleśnickiego była ponura. Lustrujący wówczas teren inspektor Roman Dzikowski notował w sprawozdaniach: puste zabudowania, zrujnowany ratusz w Oleśnicy, padłe zwierzęta i ogołocone majątki. Z kolei kierownik punktu etapowego PUR Konstanty Bluj pisał wprost o dramatycznym losie repatriantów ograbianych z ubrań, zegarków i koni, o gwałtach na dziewczętach oraz o polach, na których sowieccy żołnierze zrywali niedojrzałe jeszcze plony.

– Powojenna Smolna była niezwykle atrakcyjną miejscowością. Niemcy mieli tutaj kilka restauracji, była piekarnia, która działała jeszcze, gdy byliśmy dziećmi, był posterunek milicji, a mój tata prowadził kuźnię – wspomina Lucyna Świderska (z domu Pabian), która na jubileusz szkoły przyjechała po latach z Warszawy.
Ludzie przywozili ze sobą wojenny strach i dobytek związany w węzłach, ale nade wszystko potrzebowali powrotu do normalności. Dla dzieci oznaczało to jedno: szkołę. Pierwszy dzwonek zabrzmiał symbolicznie w 1946 roku, choć najmłodsi gromadzili się na prowizorycznych lekcjach tuż po przejściu frontu.

Początki były surowe. Skarbem był pojedynczy, czysty zeszyt oraz odłamek kredy. Mieszkańcy znosili ocalałe z pożogi meble, zbijali ławki i strugali z desek tablice. Początkowo w ciasnym budynku przy kościele zorganizowano zaledwie cztery zespoły klasowe. Fala osadnictwa płynęła jednak tak szybko, że już w 1949 roku w siedmiu oddziałach uczyło się 123 dzieci.
Polski na scenie, matematyka w garnkach
Szkoła rosła szybciej niż jej mury. Gdy w latach 60. wprowadzono reformę ośmioklasową, ścisk stał się nie do zniesienia. Władze zaadaptowały więc parter budynku nr 70 – dawnej Spółdzielni Rolniczej – podczas gdy na piętrze nadal żyli lokatorzy. W ten sposób narodziła się trwająca niemal cztery dekady wędrówka między dwoma oddalonymi od siebie gmachami. Najbardziej barwny rozdział tej tułaczki przypadł na lata 80., kiedy budynek pod numerem 70 przechodził generalny remont. Starsze roczniki spakowały tornistry i przeniosły się do wiejskiej świetlicy.

Czytaj także:
To była szkoła bez ścian. Język polski odbywał się na deskach sceny, na zapleczu kuchennym przerabiano ułamki i geometrię, a główną salę podzielono na sektory jedynie umownymi liniami na podłodze. Uczniowie szybko wyszkolili się w bezszelestnym chodzeniu na palcach, by nie zakłócać kartkówki sąsiadom zza niewidzialnej granicy. Nierzadko bywało, że gdy nauczyciel z jednej klasy wywoływał do odpowiedzi głośniejsze nazwisko, z drugiego końca sali odkrzykiwano: „To nie do nas!”.
Równie barwne wspomnienia budziła infrastruktura sanitarna. Do schyłku lat 90. toaleta funkcjonowała jako zwykły drewniany wychodek na podwórzu – dokładnie w miejscu, gdzie dziś wznosi się pełnowymiarowa sala gimnastyczna. – Wyjście za potrzebą było na wsi rzeczą zwyczajną, ale u nas wymagało czujności. Trzeba było uważać na stado gęsi – opowiadali z uśmiechem dawni uczniowie. Gdy ptactwo ruszało z sykiem i rozpostartymi skrzydłami w stronę dziecka, spokojny krok natychmiast zamieniał się w paniczny sprint. Jak żartują absolwenci: to właśnie tej ptasiej tresurze szkoła zawdzięczała późniejsze puchary w biegach przełajowych.

Od ciosanej tablicy do robotów
Na tę wiejską instytucję przez dekady pracowały pokolenia pedagogów. Placówką kierowali kolejno dyrektorzy: Wierzbicki, Herman, Skiba, Jan Witek, pani Nazarewicz oraz wieloletnia dyrektor Mieczysława Obiegły. Od 2002 roku szkołą nieprzerwanie zarządza Dariusz Rzepka.
Przełom tysiącleci przyniósł gruntowną modernizację. W 2000 roku rozbudowano budynek nr 70 o nowe sale i pełne zaplecze sanitarne, co pozwoliło ostatecznie opuścić zawilgocone pomieszczenia przy kościele. Do Smolnej dołączyli także uczniowie ze zlikwidowanej szkoły w Ligocie Wielkiej.
Współczesna Szkoła Podstawowa im. Kawalerów Orderu Uśmiechu w niczym nie przypomina dawnej placówki pionierów. Dziś zamiast walki o skrawki papieru uczniowie programują roboty, drukują w technologii 3D i korzystają z algorytmów sztucznej inteligencji. W kronikach zapisały się nazwiska ponad 1500 absolwentów.

Gdy podczas szkolnych uroczystości w jednej sali zasiadają pierwsi powojenni osadnicy pamiętający drewniane liczydła oraz ich prawnuki zapatrzone w ekrany dotykowe, wyraźnie widać ciągłość tej historii. Zmieniały się ustroje, granice i sprzęt, lecz sens istnienia szkoły w Smolnej pozostał ten sam co w 1946 roku: dawać poczucie wspólnoty, bezpieczeństwa i przestrzeni, w której śmiech dziecka potrafi rozjaśnić najtrudniejszą codzienność.
Wyciągnęli z szuflad pamięć o szkole
Przygotowania do tego wyjątkowego święta trwały od tygodni. Zamiast rutynowych procedur mieszkańcy Smolnej, dawni absolwenci, pedagodzy i obecna kadra ruszyli w sentymentalną podróż w czasie. Przetrząsano rodzinne archiwa, wyciągano pożółkłe świadectwa, a spotkaniach godzinami debatowano nad tym, kto znajduje się na czarno-białych kadrach sprzed kilkudziesięciu lat.

Jubileusz stał się dla całej wsi impulsem do prawdziwej, międzypokoleniowej integracji – mówi sołtyska Sylwia Hajduk. – Poszukiwanie fotografii z dawnych lat zaowocowało wieloma spotkaniami z mieszkańcami i absolwentami oraz ciepłymi rozmowami. Na wspomnienie niektórych historii zakręciła się w oku łza, inne zaś do łez bawiły – podkreśla. – Mieszkańcy włączyli się aktywnie w rozszyfrowywanie, kto jest na starych fotografiach, z którego są roku, spisywali wspomnienia, szukali świadectw ze szkolnych ław.
Każde znalezione zdjęcie to nie tylko dowód czasu, ale zapis setek wspomnień.

Dzięki zaangażowaniu wielu osób udało się uratować przed zapomnieniem dziesiątki opowieści o początkach edukacji w Smolnej i powojennych trudach. Dyrektor Dariusz Rzepka zwraca uwagę, że tożsamości szkoły nie budują cegły lecz ludzie: – Przez 80 lat zmieniło się wszystko: świat, technologie, pokolenia, wygląd szkoły, ale jedno pozostało niezmienne – serce tej szkoły. Tworzą je ludzie, dlatego to święto nie jest świętem budynku czy instytucji, jest świętem wszystkich tych, którzy przez 80 lat zostawili tutaj cząstkę siebie – mówi. – Czuję odpowiedzialność za to, co otrzymaliśmy od poprzednich pokoleń. Naszym zadaniem jest uczynić wszystko, aby do historii osadników dopisać równie piękne rozdziały.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.
