Powstaniec, Podolanka i kamienica pełna ocalałych. Z krwawiących Kresów do powojennej Oleśnicy

Katarzyna Kijakowska | Katarzyna Kijakowska
Powstaniec, Podolanka i kamienica pełna ocalałych. Z krwawiących Kresów do powojennej Oleśnicy
Paulina Bryk urodziła się w województwie tarnopolskim. Stamtąd po wojnie trafiła do Oleśnicy, gdzie założyła rodzinę i gdzie nadal mieszka wraz z córką. OT. KATARZYNA KIJAKOWSKA
Wzrok 97-letniej Pauliny Bryk wciąż jest bystry, a pamięć z ostrością przechowuje obrazy, których nikt nigdy nie powinien był oglądać. Z rzezi na Kresach Wschodnich cudem uciekła do zrujnowanej Oleśnicy, gdzie w jednej kamienicy przy ulicy Kazimierza Wielkiego ocaleni z różnych stron stworzyli nową, wielką rodzinę.

– Mój brat zawsze powtarzał, że jest chłop podolski, a ja Podolanka – uśmiecha się 97-letnia oleśniczanka na samo wspomnienie dawnego świata. Urodziła się w województwie tarnopolskim, w powiecie Buczacz, w malowniczej miejscowości Uście Zielone. To tam toczyło się jej wczesne życie. Dzieciństwo szybko naznaczyła jednak ogromna strata. – Ja jako małe dziecko… zmarła mi mama. Wychowywała mnie babcia i ojciec. Miałam wtedy zaledwie sześć lat – wspomina ze smutkiem. W 1935 roku w jej pamięci wyrył się jeden, symboliczny wręcz obraz przedwojennej Polski. – Pamiętam pogrzeb Piłsudskiego. Chodziłam wtedy do pierwszej klasy. Wszyscy szliśmy do kościoła w czasie jego pogrzebu – opowiada.

Na zdjęciu tata pani Pauliny (chłopiec z lewej), początek XX wieku.

W 1939 roku zdążyła skończyć zaledwie trzecią klasę. Wrzesień przyniósł apokalipsę, która odmieniła jej los na zawsze. – Wtedy rozpoczęła się wojna. To był koniec nauki, koniec wszystkiego. Z jednej strony byli Niemcy, z drugiej Rosjanie. Granice pękły, a sąsiedzka ufność z każdym dniem zaczęła kruszyć się i zamieniać we wrogość.

Mrok nad Kresami i noce na słomie

Wkrótce okazało się, że najgorsze miało nadejść właśnie ze strony sąsiadów. Jeszcze w 1938 roku do ojca pani Pauliny przyszła polska żandarmeria. Przynieśli krótką listę z nazwiskami ukraińskich nacjonalistów. Zostali oni aresztowani, ale sprawiedliwość w przededniu wielkiej wojny okazała się niezwykle krucha. – Jak przyszli Rosjanie, to ich wszystkich wypuścili – relacjonuje 97-latka. Ci, którzy wyszli na wolność, błyskawicznie zaczęli siać terror.

Dla polskiej rodziny oznaczało to początek ciągłego i paraliżującego strachu. Bali się do tego stopnia, że przestali sypiać we własnym domu. – Każdą noc chodziliśmy spać do zaprzyjaźnionego Ukraińca. Tam nas przyjmowali i dwie inne rodziny. Dawali słomę na podłogę i tak spaliśmy – wspomina cicho pani Paulina. Wkrótce ból uderzył prosto w ich serca, a śmierć zabrała najbliższych. – Ukraińcy zabili moją ciocię i jej dzieci. Weszli do ich domu, zabrali ich… Szukaliśmy ich po śladach. One prowadziły prosto do Dniestru. I tam ślad zaginął. Dopiero po jakimś czasie woda wyrzuciła ich rzeczy. Chustę i becik mojego kuzyna. Wtedy już wiedzieliśmy, że oni nie żyją, że zostali utopieni.

Świadectwo szkolne Pauliny Bryk z czerwca 1939 roku.

Zaprzyjaźniony Ukrainiec, ryzykujący każdego dnia własnym życiem dla polskich sąsiadów, w końcu nie wytrzymał ogromnej presji i gróźb. Wrócił do nich ze smutnym, ale stanowczym wyrokiem: – Koniec, nie ma już tu miejsca dla was, bo mnie będzie czekało to samo co was. Znów musieli szukać kryjówek i błąkać się po nocach. Aż pewnego ranka na stole w jednym z ukryć znaleźli pozostawioną kartkę z napisem: „Polska noga nie ma prawa przebywać w tym domu”. Zrozumieli definitywnie, że muszą natychmiast uciekać.

Krew, ogień i piekło Uścia Zielonego

Uciekli do siostry ojca, która po stracie pierwszego męża w 1918 roku, wyszła ponownie za mąż za Ukraińca. – Jeden z jej synów był trochę bandytą, a drugi miał sklep. Byliśmy tam dzięki temu trochę zabezpieczeni – ocenia chłodno 97-latka. Zaledwie dwa lub trzy dni później na Uście Zielone spadło prawdziwe piekło, a nacjonaliści przystąpili do masowej rzezi.

– Pani kiedyś widziała wojnę? – pyta retorycznie i po chwili sama opowiada: – Rosjanie jacy byli, tacy byli, ale byli nam przychylni, wiedzieli, że Ukraińcy nas mordują. Wzięli i dali działo Polakom na komendzie policji. Ukraińskie bandy ruszyły prosto na polski posterunek. Młoda Paulina widziała tę heroiczną, ale beznadziejną bitwę z ukrycia. – Kule latały nad naszymi głowami. Bandytom było za mało, więc nanieśli słomy, polali benzyną i podpalili tę komendę – opisuje.

Zbrodnie, które rozegrały się tego dnia na oczach młodej dziewczyny, do dziś porażają bestialstwem. Wśród rozszalałego tłumu pani Paulina na własne oczy widziała kaźń miejscowego aptekarza. – Nagle patrzę, ciągną wóz, a za wozem aptekarz. Przywiązali go do konia i wlekli go po ziemi, a ja na to wszystko patrzyłam. To było okropne przeżyć to wszystko – wspomina z drżeniem w głosie. Niektórym cudem udawało się ujść z życiem, jak pewnej starszej kobiecie, która skryła się za domowym piecem. Kiedy ukraiński napastnik ją znalazł, strzelił do niej z bliska cztery razy, jednak kule szczęśliwym trafem ją ominęły. Inni nie mieli tyle szczęścia.

Pan Włodzimierz walczył w wojnie obronej, w 1939 r.

Prawdziwe męczeństwo rozegrało się w domu organisty, pana Byszkiewicza, który mieszkał po sąsiedzku. Napastnicy najpierw kazali jego żonie grać na fortepianie, a następnie przywiązali ją drutami kolczastymi do łóżka, oblali benzyną i żywcem spalili. Kuzyni pani Pauliny, ukryci w tym czasie na poddaszu, w rozpaczy słyszeli każdy krzyk ofiary i dźwięk tej niewyobrażalnej zbrodni. Po krwawej pacyfikacji przyszedł czas na masowe groby. – Trzeba to przeżyć, żeby zrozumieć. Widzieliśmy głowy ucięte od ciał, porozcinane. Na cmentarzu wykopali ogromny dół, pozbijali skrzynie i tam powrzucali ciała – dodaje, opisując tragiczny finał napadu, w którym zamordowano około 120 osób.

Ucieczka na Ziemie Odzyskane i kamienica pełna życia

Droga ucieczki do Stanisławowa również znaczona była obficie krwią. Uciekinierzy byli brutalnie wyłapywani z furmanek. Pani Paulina pamięta przerażające sceny: stodoły, do których kazano wchodzić Polakom, rozbierać się do naga, by po egzekucji wrzucić ich bezwładne ciała prosto do Dniestru. W Stanisławowie udało im się dostać jeden pokój, w którym stłoczono aż cztery rodziny. Dopiero stamtąd wyruszyli w morderczą podróż transportem w stronę wschodzącego, powojennego świata – do zrujnowanej Oleśnicy.

Powojenna rzeczywistość – skromna, ale pełna życzliwości.

Na miejscu panował chaos. Dzięki żmudnym staraniom przez Czerwony Krzyż zdezorientowanemu ojcu udało się odnaleźć syna, który wracał z przymusowych robót w Niemczech. – To nie tak jak dzisiaj, że się odnaleźliśmy od razu – wzdycha staruszka. W ramach rekompensaty za Kresy, jej ojciec otrzymał gospodarstwo oraz przydział na mieszkanie w kamienicy przy ulicy Kazimierza Wielkiego.

W poturbowanej wojną rzeczywistości ten budynek stał się symbolem odrodzenia. Zgromadził ludzi z potwornym bagażem doświadczeń, którzy stworzyli pod jednym dachem wspólnotę, funkcjonującą dosłownie jak jedna, olbrzymia rodzina. Wzajemnie pilnowano dzieci, dzielono się skromnym posiłkiem i powoli łatano zranione wojną dusze. Do tej wyjątkowej społeczności należały rodziny Paprockich, Bureckich, Chłopeckich, Kaczałów i Filipiaków.

W Oleśnicy Paulina Bryk nawiązała przyjaźnie na całe życie.

Pani Paulina pragnęła nadrabiać stracony czas. Ukończyła szkołę dla pracujących (obecna SP 2) – za dnia ciężko pracowała, a wieczorami z książkami siadała w szkolnej ławce. Później podjęła pracę w oleśnickim skupie wełny, konopi i lnu. – Dobrze mi tak było – wspomina z iskrą w oku. Była niezwykle ambitna, awansowała na starszego sortiera, jeździła na specjalistyczne kursy do Łodzi, Poznania i Kamiennej Góry.

Gdy zakład ostatecznie przeniesiono do Wrocławia, przez dwadzieścia lat codziennie dojeżdżała pociągami.

Miłość w ruinach, Powstaniec i służba w PCK

Trudny los w końcu wynagrodził cierpienia młodej Kresowianki szczerą miłością. Przez jedną z zaprzyjaźnionych sąsiadek poznała Włodzimierza, pracującego wówczas jako laborant w oleśnickiej winiarni. Jego życiorys to wstrząsająca, gotowa epopeja wojenna. Był ochotnikiem w wojnie obronnej z 1939 roku. Walczył pod Warszawą oraz w Modlinie, gdzie został ciężko ranny, a jego koń zginął w walce. Po czterech trudnych latach spędzonych w niemieckiej niewoli i szpitalach, powrócił do stolicy, by nie zważając na rany ponownie chwycić za broń w Powstaniu Warszawskim.

Aresztowany i wtrącony przez nazistów do więzienia, ocalał wyłącznie dzięki wkroczeniu wojsk amerykańskich, które go oswobodziły. W zrujnowanej Warszawie ukończył profesjonalny kurs winiarski, co sprowadziło go do pracy w nowej, polskiej Oleśnicy.

W oleśnickiej winiarni pan Włodzimierz był laborantem.

Choć w powojennych realiach było bardzo skromnie – w jednym pokoiku potrafiło niekiedy gnieździć się osiem osób – stworzyli piękny, szczęśliwy dom dla pięciorga dzieci. To dla nich pani Paulina zrezygnowała z pracy. – Nie wróciłam, bo nie mogłam zostawić dzieci, choć bardzo mnie tam chcieli – przyznaje z dumą i uśmiechem.

Mąż pracował w winiarni do samej emerytury. Gdy jednak pociechy dorosły i opuściły domowe gniazdo, pani Paulina nie umiała siedzieć w bezczynności. Jej dobre serce i pamięć o pomocy, jakiej kiedyś sami potrzebowali, pchały ją do działania. Przez kolejne dziesięć lat pracowała jako siostra Polskiego Czerwonego Krzyża, niosąc na co dzień ulgę osobom chorym, samotnym i potrzebującym.

Męża poznała w Oleśnicy, tutaj Paulina i Włodzimierz wzięli ślub.

Dziś, z perspektywy całego stulecia, patrzy na swoje długie życie z pokorą, ale też ogromną siłą, której nie złamał terror ani wojenna tułaczka. – Życie miałam ciężko. Wszystkie te trudne rzeczy pamiętam – podsumowuje cichym głosem 97-letnia Paulina Bryk, prawdziwa Podolanka.

Piękne chwile z rodziną w powojennej Oleśnicy.
Lokatorki z kamienicy przy ul. Kazimierza Wielkiego w Oleśnicy.
Z Warszawy do polskiej Oleśnicy. Tu pan Włodzimierz poznał Paulinę.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury”

Czytaj także:

Udostępnij:
REKLAMA