Przez Syberię i Afrykę na Ziemie Odzyskane. Niezwykłe losy rodziny Mireckich
Zanim nadszedł tragiczny w skutkach wrzesień 1939 roku, losy rodziny państwa Mireckich splotły się z Kresami Wschodnimi. Droga na wschód nie była jednak przypadkowa. Ojciec pana Tadeusza służył w wojsku, co otworzyło przed nim szansę na lepszą przyszłość – jako żołnierz zyskał możliwość okazyjnego zakupu ziemi na Białorusi. Podjął to wyzwanie i rodzina wyruszyła na wschód, marząc o własnym kawałku świata. Na miejscu nie czekało jednak na nich gotowe gospodarstwo. Ziemia wymagała zagospodarowania, a budowa od podstaw oznaczała morderczy wysiłek. Bardzo ciężko pracowali, wylewając siódme poty, by postawić dom i stworzyć warunki do życia. Kiedy wydawało się, że najgorsze już za nimi, w rodzinę uderzyła tragedia. To właśnie tam, na Kresach, zmarła pierwsza żona ojca Tadeusza. Mężczyzna został sam z dziećmi z pierwszego małżeństwa. Z czasem ożenił się po raz drugi – z Heleną, która stała się opoką dla całej rodziny w nadchodzących, mrocznych latach.

Koniec bezpiecznego świata rodziny Mireckich
Gdy w 1937 r. na świat przyszedł Tadeusz, rodzina wiodła już ustabilizowane życie. Ojciec wciąż rozbudowywał gospodarstwo, z czasem dobudował stodołę, chlew i piwnicę. Starsze dzieci z pierwszego małżeństwa ojca uczyły się, a mały Tadeusz dorastał u boku matki. Wszystko zmieniło się jednego dnia. Komunikat z radia o napaści Niemiec na Polskę zburzył dotychczasowy porządek, ale prawdziwy koszmar dla tej rodziny miał nadejść z innej strony. 10 lutego 1940 roku o 5:00 rano sowieccy żołnierze zapukali do ich drzwi, dając zaledwie 15 minut na spakowanie. -Mama zabrała najpotrzebniejszą odzież, obuwie i pościel. Żywności nie pozwolili zabrać – wspomina pan Tadeusz. Zostali wywiezieni w głąb Związku Radzieckiego. Tak rozpoczął się trwający wiele tygodni transport w mrozie i głodzie. – Ciągle byliśmy głodni. Z tych powodów panowały choroby. Często umierali ludzie. W czasie postoju pociągu ciała ich wyrzucano przed wagony, a Rosjanie wywozili je do lasu – wspomina oleśniczanin.
Syberyjski lód
Rodzina Mireckich trafiła na Syberię, do posiołku Małe Izby. Zakwaterowano ich w barakach, gdzie na osobę przypadały 4 litry wody na dzień – do picia, mycia i prania. Wszędzie roiło się od robactwa. Matka pracowała w piekarni i przy wyrębie lasu, ojciec w smolarni. Dzieci również musiały pracować, ściągając gałęzie na stosy. Warunki były nieludzkie, a chłód zbierał swoje żniwo. – Kiedyś mama wróciła z lasu i odłożyła obmarzniętą siekierę. Ponieważ chciało mi się pić, polizałem ją. Język przymarzł mi do ostrza i zerwała się skóra, ból był niesamowity – opowiada pan Tadeusz. Gdy w 1942 r. gen. Sikorski podpisał układ ze Stalinem, pojawiła się iskra nadziei. Rodzina ruszyła pociągiem towarowym w stronę Buchary w Uzbekistanie. Podróż trwała 6 tygodni. Głód stawał się coraz bardziej dotkliwy, z wyczerpania i brudu ludzie zapadali na choroby. W czasie jednego z postojów ojciec pana Tadeusza został aresztowany przez NKWD – rodzina nigdy więcej go nie zobaczyła, nie otrzymali o nim żadnych wieści.

W obozie w pobliżu Buchary sytuacja stała się tragiczna. Kobiety gotowały zupę z lebiody, panował tyfus i szkorbut. Aby ratować dzieci przed pewną śmiercią głodową, Helena podjęła najtrudniejszą, ale zbawienną decyzję w życiu matki – oddała Tadeusza i jego siostrę Janinę do sowieckiego sierocińca w Kaganie, wmawiając władzom, że są sierotami. Wkrótce do innego sierocińca trafił też brat Leon. Zostali rozdzieleni, ale dzięki temu przeżyli.
Przystanek: Afryka
W 1943 roku, w wyniku politycznego porozumienia, ludność cywilna wraz z Armią Andersa mogła opuścić Związek Radziecki i wyjechała do Persji. Zesłańców umieszczono początkowo w polskim obozie w Pachlewie, nadzorowanym przez Anglików. To tam uchodźcy wreszcie zrzucili z siebie łachmany, zostali wykąpani i otrzymali czyste ubrania. Ze względu na ich skrajne wyczerpanie, jedzenie i picie podawano im stopniowo, aby organizmy mogły bezpiecznie wrócić do normy. Po kilku tygodniach rekonwalescencji, sierocińce wraz z innymi zesłańcami zostały przewiezione do Teheranu, następnie do Ahwazu nad Zatoką Perską, a stamtąd do Bombaju w Indiach. Tadeusz i jego siostra Janina zostali dowiezieni motorówką do statku, który płynął prosto do Afryki. To właśnie tam, pod równikowym niebem, w obozie w Ugandzie, osierocone polskie dzieci odnalazły się z matką i bratem Leonem, którzy podróżowali w tym samym kierunku, ale z innymi grupami uchodźców.

Przewieziono ich do osiedla Masindi, wybudowanego specjalnie dla Polaków – komendantem obozu był Anglik, ale pozostałą obsługę stanowili rodacy. Każda rodzina otrzymała tam mieszkanie w domu trzyrodzinnym, znajdując upragniony, choć tymczasowy dom. Domy te zbudowane były z pali związanych trawą i obrzuconych gliną, a ich dachy pokrywała słoma. Choć w osadzie nie było prądu, obok budynków znajdowały się umywalnie i toalety z bieżącą wodą. Noce spędzano pod specjalnymi siatkami, które chroniły mieszkańców przed owadami i wężami. Żywność wydawano w postaci suchego prowiantu, a do gotowania posiłków służyła wspólna kuchnia. Matka Tadeusza podjęła ciężką pracę na miejscowej fermie świń, a w wolnym czasie udzielała się jako członkini Związku Ziem Wschodnich RP.
Życie zaczęło powoli wracać do normy. Dzieci uczęszczały do szkoły, na osiedlu prężnie działało harcerstwo, a pan Tadeusz został w jednej z nich werblistą. Powstały także liczne zespoły taneczne, dom kultury, szpital oraz kościół. To właśnie w tym wybudowanym wspólnymi siłami kościele Tadeusz przyjął I Komunię Świętą. Jednak afrykański azyl nie miał trwać wiecznie. Po zakończeniu II wojny światowej w Ugandzie zaczęły narastać niepokoje społeczne sprzeciwiające się brytyjskiej administracji. Sytuację pogarszał narastający na tych terenach głód i ogólny kryzys. W obliczu tych zagrożeń, w 1947 r. podjęto decyzję o zamknięciu polskiego obozu w Masindi.
Kierunek: Zachód
Helena, matka Tadeusza, podjęła stanowczą decyzję o powrocie do Polski. Chciała za wszelką cenę dostać się do Warszawy, ponieważ tam mieszkała córka jej męża z pierwszego małżeństwa. Podróż do powojennej, zrujnowanej ojczyzny była jednak kolejnym zderzeniem z brutalną rzeczywistością. Gdy dotarli na granicę do punktu w Czechowicach-Dziedzicach, ich plany szybko legły w gruzach. Usłyszeli kategoryczne: Warszawa jest zniszczona, nie ma tam po co jechać. Dostali nakaz, żeby jechać na Ziemie Odzyskane. Najpierw trafili do Oleśnicy. Dotarli tam 20 lipca 1947 roku. Potem trafili do podoleśnickiej Świerznej. Początkowo wprowadzili się do Majątku Rolnego, którym zarządzał Urząd Bezpieczeństwa (później, w 1956 r., przekształcony w tradycyjny PGR). Rok później, w 1948 roku, los się do nich uśmiechnął. Helenie przydzielono samodzielny dom, zabudowę gospodarczą oraz gospodarstwo rolne. Rodzina Mireckich, po latach straszliwej tułaczki, wreszcie zyskała bezpieczne miejsce na ziemi.

Została na całe życie
W tym samym czasie, gdy rodzina Mireckich układała sobie życie na Ziemiach Odzyskanych, w zupełnie innej części Polski dorastała pani Danuta. Pochodziła spod Przemyśla. Zapewne nie trafiłaby na Dolny Śląsk, gdyby nie splot rodzinnych zdarzeń. Jej siostra Emilia wraz z mężem Janem Korytką mieszkali w pałacu PGR w Świerznej. Kiedy w 1959 r. urodziło im się pierwsze dziecko, tata orzekł krótko: „Musisz pomóc”. – Miałam przyjechać na trzy tygodnie, a zostałam na całe życie – śmieje się pani Danuta, która w maju tego samego roku otrzymała dyplom nauczyciela. Zachęcona przez Milę i Janka, podjęła pracę w miejscowej szkole. Do pracy przyjmował ją inspektor Sylwester Cierpka, a kierowniczką szkoły była Olga Korzeniowska.
Splot losów
Październik 1959 r. przyniósł kolejne przełomowe wydarzenie. Tadeusz Mirecki zakończył dwuletnią służbę wojskową w Opolu i wrócił do Świerznej. To właśnie wtedy drogi Tadeusza i Danuty przecięły się. Zaczęli się regularnie spotykać, wspólnie chodzili na „wiejskie potańcówki”. Zaiskrzyło. Młodzi wzięli ślub, po którym zamieszkali w służbowym mieszkaniu PGR w Świerznej. Z czasem rodzina Korytków przeniosła się do Ligoty Polskiej, a państwo Mireccy w 1962 roku (po przejściu Olgi Korzeniowskiej na emeryturę) wprowadzili się do mieszkania po byłej kierowniczce, w budynku szkoły. Danuta przejęła też stanowisko kierowniczki czteroklasowej placówki.
Warunki w szkole wciąż przypominały jednak o surowych, powojennych czasach. Budynek składał się z sal lekcyjnych oraz mieszkania nauczycielskiego. Nie było w nim wody, kanalizacji ani toalety. Z telefonu korzystano w pobliskim pegeerze. – Mimo to było przyjemnie i miło – wspominają dawne lata Mireccy.

Centrum wiejskiego życia, teatr i trudy codzienności
Jak żyło się po wojnie w Świerznej? Szkoła nie była tylko miejscem edukacji – bardzo szybko stała się sercem miejscowości, które skupiało wokół siebie ludzi. Pani Danuta, będąc sercem tej społeczności, nie ograniczała się wyłącznie do lekcji. Z pasją stworzyła amatorski teatrzyk, w którym z powodzeniem wystawiano m.in. „Moralność pani Dulskiej”. – W niedziele pod szkołę zajeżdżał rolnik z przyczepą, siadaliśmy na wóz i jechaliśmy ze spektaklem do okolicznych wsi – opowiada z uśmiechem pani Danuta. – To, co uzbieraliśmy za występy, mieliśmy na przygotowanie kolejnych przedstawień.
Ten okres to czas ogromnej ludzkiej życzliwości, wielkiego zaangażowania, ale też i niezwykłego trudu. Warunki do nauki i życia były wyjątkowo surowe. Uczniowie uczyli się zaledwie w dwóch salach, w trybie tzw. klas łączonych, co od jedynej nauczycielki wymagało podwójnego wysiłku. Co więcej, w tamtym czasie dostęp do materiałów edukacyjnych praktycznie nie istniał – wszystkie pomoce dydaktyczne pani Danuta musiała przygotowywać własnoręcznie po godzinach. Trudności te odbijały się także na życiu prywatnym. Życie w samym budynku szkoły nie należało do łatwych. Przez lata Mireckim bardzo trudno było ogrzać swoje skromne, służbowe mieszkanie – codzienna walka z chłodem była po prostu ciężka.

Oboje przyznają, że prawdziwie odetchnęli z ulgą dopiero latach 70., po przeprowadzce do Oleśnicy. Jednak zanim to nastąpiło, pan Tadeusz również nie zwalniał tempa. 1 maja 1962 roku rozpoczął pracę na stanowisku starszego planisty w Warsztatach Szkolnych przy Technikum Mechanicznym w Oleśnicy. Mimo obowiązków zawodowych i ojcowskich w 1964 roku zdał maturę, a w 1965 roku rozpoczął studia na Wydziale Mechanicznym Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Był to niezwykle trudny okres – pełen dojazdów i nauki. Jego ambicje jednak owocowały: od 1 sierpnia 1967 roku pełnił funkcję zastępcy kierownika Warsztatów Szkolnych w Szkole Elektronicznej w Oleśnicy, pracował też jako nauczyciel elektroniki i był wychowawcą.
Nowy etap w Oleśnicy
Początek lat 70. przyniósł kolejne życiowe rewolucje. Decyzją Wydziału Oświaty i Kultury w Oleśnicy, 24 czerwca 1972 roku zlikwidowano Szkołę Podstawową w Świerznej. Panią Danutę przeniesiono do Szkoły Podstawowej nr 3 w Oleśnicy (gdzie później pełniła funkcję wicedyrektorki). Do trójki trafili również uczniowie ze Świerznej – ich dzieci: Janusz, Wojtek i Dorota. Zaczęły się codzienne dojazdy autobusami do miasta. Rodzina rozważała również wielką przeprowadzkę do Lubina, jednak los chciał, że Mireccy zapuścili swoje korzenie na stałe w Oleśnicy. Pani Danuta podjęła jeszcze pracę w Szkole Podstawowej nr 7, z której ostatecznie odeszła na emeryturę. Pan Tadeusz przez wiele lat stał na czele Związku Sybiraków w Oleśnicy. Dziś oboje cieszą się rodziną i spokojnym życiem.

