Walczymy ze śmiercią – mówią rodzice małej Basi, która zmaga się z nowotworem złośliwym

Red | Red
Walczymy ze śmiercią – mówią rodzice małej Basi, która zmaga się z nowotworem złośliwym

Basia Zimoch z Dziesławic jest prawdziwą duszą towarzystwa, ale od listopada dziewczynka walczy z najgroźniejszym rodzajem nowotworu złośliwego wśród dzieci.

– To medulloblastoma, czyli mówiąc wprost – najczęściej występujący wśród dzieci i najszybciej się rozwijający nowotwór złośliwy mózgu. Jest też najgroźniejszy, bo umiera na niego aż 90% chorych – nie kryje przygnębienia pan Michał, ojciec Basi, na co dzień zawodowy kierowca pracujący w transporcie. I dodaje: – Córka najbardziej żałuje, że nie może odprowadzać starszego brata do szkoły. Dotychczas zawsze brała swoj mały plecak i razem z bratem 7-letnim Mikołajem szła na przystanek autobusowy, a kiedy wsiadał do szkolnego busa, machała mu na do widzenia.

Problemy ze zdrowiem Basi rozpoczęły się w listopadzie ubiegłego roku. Basia zaczęła często wymiotować, średnio co trzy dni przez dwa tygodnie. Lekarz rodzinny podejrzewał zwykłą infekcję, która niebawem przejdzie. Niestety, kiedy po kilku dniach rodzice zauważyli, że dziewczynka dziwnie przechyla główkę na lewą stronę, postanowili czym prędzej udać się do szpitala w Ostrowie Wielkopolskim. Zlecone na miejscu badania nie wykazały niczego niepokojącego. Morfologia, USG brzucha, badanie laryngologiczne – wszystko było w normie. – Aż przyszedł czas na tomograf – przypomina sobie tato dwuletniej dziewczynki.

Badanie tomografem wykazało, że Basia ma nowotwór złośliwy mózgu. W dodatku z przerzutami do półkul mózgu. To był szok.

– W jednej chwili zawalił nam się cały świat – wspomina pan Michał tamten pamiętny dzień. – Ani ja, ani moja żona Monika nie spodziewaliśmy się takiej informacji. Na coś takiego nie byliśmy w ogóle przygotowani. Bo czy można się na coś takiego przygotować?

Rodzice nie zdążyli jeszcze uwierzyć w to, co usłyszeli, a już po pół godzinie pojawiła się lekarka, która powiadomiła ich, że ich dziecko zabierają karetką na sygnale do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Zaczął się wyścig z czasem.

Jeden duży guz i dziewięć małych

Początkowo dziewczynka trafiła na oddział neurochirurgii, gdzie przeprowadzono dalsze badania. Szczegółowy rezonans wykazał, że Basia miała jednego dużego guza i dziewięć małych. I że przerzuty są już nie tylko na drugą półkulę mózgu, lecz także do kręgosłupa.

– Od początku rokowania były i wciąż są bardzo złe – nie ukrywa ojciec dziewczynki.

W Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie wykonano Basi zabieg odbarczania guza, aby pobrać jego wycinek, konieczny do przeprowadzenia biopsji. Już po tygodniu przeniesiono 2,5-latkę z neurochirurgii na oddział onkologii dziecięcej. Po to, żeby mogła rozpocząć chemioterapię.

– Monika została z Basią w Warszawie, a ja wróciłem do domu, żeby zaopiekować się Mikołajem. Wziąłem na niego opiekę, ale w lutym już wracam do pracy. Wtedy synem zajmie się babcia – opowiada pan Michał.

Trzy worki chemii przez pięć dni

Od końca listopada Basia wraz z mamą przyjechała do domu do Dziesławic tylko raz i to na Święta Bożego Narodzenia. Wtedy rodzeństwo miało chwilę, żeby znów pobyć ze sobą razem i spędzić krótki czas na wspólnej zabawie. Mimo to, jak twierdzi pan Michał, córka już nie jest tą samą osobą co przed chorobą. Chemia bardzo ją osłabiła i zmieniła.

– Odkąd otrzymała pierwszą dawkę chemii stała się bardzo apatyczna. Przestała jeść. Obecnie pije jedynie mleko i sok jabłkowy. Prawdopodobnie wkrótce lekarze założą jej sondę żołądkową, żeby nabrała sił, bo do walki z tak złośliwym typem nowotworu potrzeba naprawdę nadludzkiego wysiłku. Co prawda guz przestał się rozwijać, ale też nie cofa się. Jak widać, trzy worki chemii podawane cyklicznie przez pięć dni, są w stanie jedynie zastopować rozwój choroby.

Kluczowe najbliższe dni i tygodnie

Sytuację patową ma rozwiązać podanie Basi tak zwanej „mega chemii”, czyli najcięższej z możliwych. Ma to nastąpić 19 stycznia. Jednak rodzice Basi już teraz wiedzą, że to będzie kluczowy dzień, od którego zależy bardzo wiele. Być może wszystko.

„Mega chemia” może bowiem zwalczyć jak największą liczbę małych ognisk chorobowych i spowodować przełom w leczeniu. Z drugiej strony jej podanie niesie ze sobą ogromne ryzyko. Takiej dawki chemii Basia może nie przeżyć.

– Na ten moment walczymy ze śmiercią – podsumowuje naszą rozmowę pan Michał.

Wsparcie dla Basi – kliknij TUTAJ

Udostępnij:
REKLAMA