Sztuka głuchoty stosowanej, czyli dialog tylko dla potakiewiczów
Słyszymy o „pochylaniu się nad problemami”, o tym, że „głos obywateli jest najważniejszy”, a samorząd to przecież „wspólnota ponad podziałami”. Brzmi pięknie. Tyle że ta wszechogarniająca otwartość w niektórych samorządach kończy się w momencie, gdy gasną reflektory i trzeba zderzyć się z twardą rzeczywistością decyzji.
Wtedy okazuje się, że ucho władzy ma wbudowany specyficzny filtr partyjno-towarzyski. Dialog? Owszem, ale wyłącznie z tymi, którzy przychodzą potakiwać, ewentualnie o coś grzecznie poprosić. Prawdziwa próba następuje jednak wtedy, gdy o swoje upomina się środowisko reprezentowane przez kogoś „spoza układu”. Wystarczy, że szef klubu sportowego czy animator kultury ma czelność nie zgadzać się z linią owego gabinetu.
Czasem nie trzeba nawet otwartej krytyki – wystarczy brak entuzjazmu albo zwykła znajomość z niewłaściwym radnym opozycji. Wtedy nagle nawet najlepszy projekt ląduje na dnie szuflady, a wniosek o dofinansowanie odpada z powodu rzekomych „błędów formalnych”. Władza przecież nie powie wprost: „nie lubimy waszego lidera”.
Zamiast tego zasłoni się procedurami, brakiem środków i – a jakże – troską o zrównoważony rozwój. Dopóki „wsłuchiwanie się w głos mieszkańców” będzie oznaczało jedynie nadstawianie ucha na oklaski własnego dworu, wszelkie zapewnienia o partycypacji pozostaną pustym frazesem. Władzę poznaje się bowiem nie po tym, jak głośno deklaruje miłość do obywateli, lecz po tym, jak traktuje tych, którzy nie zamierzają przed nią klękać.