REKLAMA

Napad stulecia z udziałem oleśniczanina. Minęło ponad 60 lat od największego skoku na bank w PRL

Red | Red
Napad stulecia z udziałem oleśniczanina. Minęło ponad 60 lat od największego skoku na bank w PRL
Fot/źródło: Wikipedia/TVP
60 lat temu Dolny Śląsk żył jedną z najbardziej sensacyjnych spraw kryminalnych epoki PRL. Choć wydarzenia rozgrywały się w Wołowie, historia ta ma wyjątkowo bliski związek z Oleśnicą, bo wśród sprawców znajdował się mieszkaniec Oleśnicy, Mieczysław F., elektronik prowadzący w mieście zakład naprawy sprzętu radiowo-telewizyjnego. Jego rola, jak i późniejsze działania jego żony, okazały się kluczowe dla rozwiązania jednej z najbardziej pamiętnych zagadek kryminalnych lat 60.
REKLAMA

W tamtym czasie Wołów liczył zaledwie około ośmiu tysięcy mieszkańców. To właśnie na obrzeżach tego niewielkiego miasta znajdował się oddział Narodowego Banku Polskiego. Weekendowy spokój przerwało wydarzenie, które wstrząsnęło całym krajem. W poniedziałek, 20 sierpnia 1962 roku, sprzątaczka wchodząca rano do budynku zauważyła, że drzwi są otwarte, lecz nigdzie nie ma strażnika. Po chwili odkryła go skrępowanego i zakneblowanego w piwnicy. Jak zeznał później, około północy podczas rutynowego obchodu został oślepiony światłem latarki i obezwładniony przez zamaskowanych napastników. Nie miał szans na reakcję – w mgnieniu oka stracił kontrolę nad sytuacją.

Hydrauliczny podnośnik, łom i wiertarka

Milicja od początku zakładała, że sprawców było co najmniej kilku. Zdolności techniczne bandy – a wśród nich elektronika z Oleśnicy – pozwoliły im przeprowadzić napad z niezwykłą precyzją.

Przestępcy użyli podnośnika hydraulicznego, aby przebić strop między piwnicą a parterem, prowadzący prosto do skarbca. Pancerne drzwi sforsowali łomem i wiertarką. Gdy dostali się do środka, zabrali wszystkie worki z gotówką. Na koniec, by uniemożliwić psu tropiącemu podjęcie śladu, rozlali na podłogę ropę.

Według relacji oleśniczan pamiętających tamte wydarzenia Mieczysław F. miał wcześniej bywać w wołowskim banku, gdzie zajmował się montażem systemu alarmowego. Daje to odpowiedź na jedno z największych pytań śledztwa: jak włamywacze dostali się na teren banku i tak dobrze znali jego układ?

Łup, który mógł zmienić życie setek ludzi

Już pierwszego dnia było jasne, że napad ma skalę bezprecedensową. Rabusie wynieśli ze skarbca 12 milionów 531 tysięcy złotych, co stanowiło wówczas sumę niewyobrażalną – średnia pensja wynosiła około 1700 zł.

Choć grupa przestępcza działała sprawnie i ostrożnie, ostateczny przełom w śledztwie nie nadszedł ani z Wołowa, ani z Warszawy, lecz z Oleśnicy. To właśnie żona Mieczysława F. odegrała decydującą rolę w rozpracowaniu sprawców. Na początku października 1962 roku oleśniczanka odwiedziła rodzinę w Kluczborku, u której przechowywano część zrabowanych pieniędzy. W tamtejszym sklepie odzieżowym jej uwagę przykuł piękny obrus za 200 zł. Bez konsultacji z mężem wyjęła ze skrytki jeden banknot i próbowała nim zapłacić.

Kasjerka natychmiast rozpoznała trefny banknot pochodzący z napadu, co błyskawicznie doprowadziło milicję do rodziny, a tego samego dnia także do zatrzymania jej męża.

Proces i wyroki – bez kary śmierci, ale surowo

4 grudnia 1962 roku przed Sądem Wojewódzkim we Wrocławiu rozpoczął się proces rabusiów. Groziła im kara śmierci. Choć opinia publiczna spodziewała się najwyższego wymiaru kary, sąd orzekł inaczej. Pięciu głównych sprawców dostało dożywocie (później zamienione na 25 lat więzienia), dwaj pomocnicy – po 15 lat, a w kolejnych procesach 20 osób – najbliższa rodzina, krewni i znajomi – skazano na kary od roku do ośmiu lat za paserstwo, pomocnictwo i niepowiadomienie służb.

Udostępnij:
REKLAMA
REKLAMA