Między kontrolą władzy a oklaskami

Katarzyna Kijakowska | Katarzyna Kijakowska
Między kontrolą władzy a oklaskami
Praca w lokalnych mediach nie kończy się o godzinie 16, a redakcyjne kolegium potrafi przenieść się do kolejki w osiedlowym sklepie.

Zamiast wielkiej polityki ze szklanych ekranów, mamy tu prawdziwe życie. I to właśnie my, dziennikarze, jesteśmy na pierwszej linii tego frontu. Kiedy na sesji rady miasta padają słowa o świetlanej przyszłości, ktoś musi zapytać o zalewany tunel na ul. Ludwikowskiej. Naszą najważniejszą rolą jest bycie megafonem dla mieszkańców.

Dziennikarz staje przed urzędnikiem nie dla własnej ciekawości, ale w imieniu pani Kowalskiej czy pana Nowaka, którzy nie mają siły przebijać się przez biurokratyczny mur. Patrzenie władzy na ręce to fundament tej pracy. Nie wynika ze złośliwości – po prostu każda władza pozbawiona niewygodnych pytań z czasem traci kontakt z rzeczywistością. Lokalne dziennikarstwo to jednak nie tylko wytykanie urzędniczych potknięć.

To przede wszystkim budowanie wspólnoty i promowanie tego, co w naszej małej ojczyźnie najcenniejsze.
Kiedy mieszkańcy organizują zbiórkę charytatywną, a młodzież sprząta okoliczne lasy, naszym
obowiązkiem jest nadać temu rozgłos, bo ocenianie miejscowych bohaterów nakręca spiralę dobra i udowadnia, że oddolne działanie ma potężny sens.

Balansowanie między rolą recenzenta a kronikarza wymaga zarówno grubej skóry, jak i serca. Ale to właśnie ta mieszanka społecznej kontroli i empatii nadaje tej pracy sens. Dziennikarz to po prostu uważny sąsiad – taki, który ma tupet, by pytać o to, o czym inni tylko szepczą, i wrażliwość, by głośno klaskać, gdy w okolicy dzieje się coś naprawdę pięknego.

Udostępnij:
REKLAMA