„Nie porównujmy jabłek z gruszkami”. Prezes KK Oleśnica o finansowaniu sportu w mieście [WIDEO]

Red | Red
„Nie porównujmy jabłek z gruszkami”. Prezes KK Oleśnica o finansowaniu sportu w mieście [WIDEO]
Prezes oleśnickiego klubu Marcin Stach poruszył wiele ważnych kwestii związanych z funkcjonowaniem sportu w Oleśnicy. FOT. GRZEGORZ KIJAKOWSKI
Kilka dni po bolesnej dla kibiców decyzji o wycofaniu drużyny KK Oleśnica z rozgrywek koszykarskiej II ligi, dziennikarz naszego portalu Bartłomiej Kowalczyk, usiadł do rozmowy z prezesem klubu Marcinem Stachem. Z obszernego wywiadu wyłania się obraz tytanicznej pracy zarządu, ogromnych kosztów infrastruktury oraz miasta, któremu brakuje długofalowej wizji wspierania sportu na szczeblu centralnym.

Wycofanie drużyny z drugoligowych parkietów wstrząsnęło oleśnickim środowiskiem sportowym. Widmo takiej decyzji krążyło nad klubem już od dłuższego czasu – pierwsze rozmowy z zawodnikami toczyły się w okolicach kwietnia. Jak przyznaje prezes, ostateczny krok był niezwykle trudny, a po publikacji oficjalnego oświadczenia w samym zarządzie nastąpił bolesny rozłam. – Mogłem iść na żywioł: zróbmy to, zgłośmy drużynę, a potem coś się wymyśli. Ja nigdy tak nie postąpię – tłumaczy Marcin Stach, podkreślając wagę finansowej odpowiedzialności.

Rosnące koszty i „gigantyczna robota” zarządu

Aby zrozumieć decyzję KK Oleśnica, trzeba spojrzeć na twarde liczby i ewolucję wymagań na szczeblu centralnym.

– Gdy zaczynaliśmy funkcjonować w II lidze, po pandemii, trzeba było mieć budżet w wysokości 250 tys. zł, dziś Polski Związek Koszykówki wymaga od klubów kwoty pół miliona złotych – wyjaśnia Stach.

W minionym sezonie klubowi udało się spiąć budżet na poziomie 520 tysięcy złotych. Jak wyglądała jego struktura? 130 tysięcy złotych (czyli 28 procent) pochodziło z miejskiej dotacji. Resztę zarząd musiał wypracować we własnym zakresie.

– Wypracowując na poziomie składek, sponsorów, grantów zewnętrznych zrobiliśmy gigantyczną robotę. Uzbieraliśmy 70 procent całego budżetu z finansowania zewnętrznego – podkreśla prezes. – Na komisji sportu przedstawiłem różne alternatywy finansowania i wcale nie wymagałem od miasta: dajcie mi, bo się zawinę.

Marcin Stach mocno zaznacza, że istnienie drużyny w II lidze to potężna wartość dodana dla samej Oleśnicy, z której władze powinny zdawać sobie sprawę: – Ten klub to nie jest Marcin Stach Basketball Club, tylko to jest Koszykarski Klub Oleśnica, więc my realizujemy wszelkie kwestie związane z promocją zdrowego trybu życia, promocją miasta, bo tylko podczas ostatniego sezonu pokonaliśmy ponad 4200 kilometrów. To jest ogromna promocja. Transmisje meczów na YouTube, transmisje meczów live na stronie Polskiego Związku Koszykówki, w wielu mediach o nas pisano, więc ten ekwiwalent marketingowy jest dla Oleśnicy bardzo duży.

Prezes stanowczo odcina się przy tym od zarzutów o próbę wymuszania pieniędzy. – My nikogo nie naciskaliśmy, nie szantażowaliśmy, poinformowaliśmy tylko miasto, że mamy takie problemy, co skończy się rezygnacją z II ligi.

Paradoks Atolu. Hala, która pożera miejską dotację

W wywiadzie poruszono również jeden z największych absurdów finansowania sportu. Lwią część wsparcia, jakie klub dostaje z ratusza, musi .. zwrócić do miejskiej spółki za wynajem infrastruktury.

– Nie celujemy w burmistrza (…). Ja tylko wskazałem w jednym komentarzu coś, co wydaje mi się dużym problemem w mieście, że jest spółka prawa handlowego, czyli Atol, z której my korzystamy i najem tej hali zżera nam 80 procent dotacji. To jest dla mnie i myślę, że dla wielu duży problem i on nie pozwala szerzej skrzydeł rozwinąć. Dla nas im więcej grup, to płacimy więcej za halę – zauważa z goryczą Stach.

„Marcin, ile brakuje?”. Dlaczego klub odrzucił pomoc?

Po publikacji oświadczenia na klub spłynęła fala wsparcia. Szok i zdziwienie wyrażali kibice, inni trenerzy oraz działacze, którzy widzieli na własne oczy, jak pełne trybuny gromadziły mecze w Oleśnicy. Odezwał się również lokalny biznes. – Dostaliśmy sporo telefonów, dało się odczuć sporo wsparcia. Były telefony od starych, sprawdzonych sponsorów z pytaniami: „Marcin, ile brakuje, damy” – ujawnia w rozmowie z naszym dziennikarzem prezes.

Dlaczego więc zarząd nie skorzystał z tego koła ratunkowego? – Nie, nie chodziło o uzbieranie tej brakującej kwoty. Tu chodzi o długofalowe podejście, bo ja nie chcę się znowu za rok znaleźć w takiej samej sytuacji. Nie, chodzi o zrozumienie tematu – wyjaśnia Marcin Stach.

Brak miejskiej strategii. „Warto mieć jasność”

Prezes zapytany o niedawne spotkanie z miejską komisją sportu przyznał, że rozmowa była konstruktywna i był z niej zadowolony. Czy spodziewał się, że po niej miasto znajdzie magicznie dodatkowe fundusze?

– Nie, budżet miasta nie jest z gumy, to wiem – przyznaje. Zwraca jednak uwagę na znacznie głębszy, systemowy problem. – Myślę, że wszystkie kluby w Oleśnicy cierpią z tego względu, że nikt nigdy nie zbudował długofalowej struktury, strategii działania i finansowania sportu. To są ważne rzeczy w perspektywie takich stowarzyszeń jak nasze, ale one są dość niejasne i dobrze by było siąść nad tym.

Według Marcina Stacha, konieczne jest powołanie grona eksperckiego, w którym komisja sportu pełniłaby rolę moderatora, by na końcu przedstawić burmistrzowi gotową propozycję. Rozwiązaniem, które stosuje wiele innych miast, mogłoby być rozbicie finansowania na konkretne kategorie: kluby piłkarskie, sporty halowe czy sporty indywidualne.

– Chyba że jest tak, że miasta nie stać na sport na poziomie centralnym i może warto zakomunikować to klubom: róbcie rekreację, bo my nigdy na to nie pójdziemy. Warto mieć jasność w tej kwestii. Jest to proste do zrobienia i wszyscy będą wiedzieć, na jakie pieniądze mogą liczyć – sugeruje wprost działacz.

„Nie porównujmy jabłek z gruszkami”

W końcowej części rozmowy nie mogło zabraknąć odniesienia do słów Marzeny Graczyk, rzeczniczki urzędu miasta, która w wypowiedzi dla naszego portalu przekonywała, że miasto stara się równo traktować wszystkie funkcjonujące w Oleśnicy kluby.

Choć Marcin Stach uważa samą ostateczną decyzję miasta o braku wyższej dotacji za racjonalną i ją w pełni akceptuje, to do argumentacji ratusza odniósł się bardzo krytycznie.

– Myślę, że nie chodzi o to, żeby wszystkie kluby były równo traktowane, jak to powiedział rzecznik miasta, bo tego akurat nie rozumiem. Pani Marzena wskazała, że w Oleśnicy funkcjonuje 33 kluby, ale nie porównujmy jabłek z gruszkami. Nikomu nie chcę umniejszać, ale skala jest zupełnie inna, więc mówienie, że wszystko ma być po równo – nie da się – mówi prezes.

Aby zobrazować sytuację, używa mocnego porównania: – Myślę, że w urzędzie miasta ludzie też nie zarabiają po równo, że pani Marzena nie zarabia tyle co sprzątaczka. Są pewne organizacje, dyscypliny, które wymagają większego nakładu finansowego.

Prezes nie kryje, że stanowisko miejskich urzędników pozostawiło po sobie pewien niesmak, zwłaszcza w kontekście gigantycznej pracy, jaką klub włożył w promocję Oleśnicy: – Od osoby, która pracuje w promocji oczekiwałem zrozumienia tego, jaką pracę na rzecz miasta wykonaliśmy. Ten komunikat gryzł mi się z tym, co do tej pory robiliśmy, ile eventów zorganizowaliśmy Działacze KK Oleśnica nie napychają sobie pieniędzy z budżetu miasta do kieszeni. Robimy to po godzinach, często kosztem własnego czasu.

Cała rozmowa na kanale YouTube

Udostępnij:
REKLAMA