Z Dobrzenia do Camino de Santiago. Duchowa wyprawa Łukasza Baszkiewicza

Red | Red
Z Dobrzenia do Camino de Santiago. Duchowa wyprawa Łukasza Baszkiewicza
Dwanaście dni marszu, 7,5 kg plecaka i setki kilometrów refleksji. Łukasz Baszkiewicz, radny z gminy Dobroszyce, zakończył swoją pieszą pielgrzymkę szlakiem Camino de Santiago, pokonując trasę portugalską wzdłuż wybrzeża Oceanu Atlantyckiego. Choć jego wyprawa zakończyła się w Santiago de Compostela, prawdziwa droga – jak sam mówi – rozpoczęła się dużo wcześniej, bo... w sercu.

Inspiracją do wyprawy był niepozorny moment podczas treningu interpersonalnego trzy lata temu. Prowadząca puściła film „The Way. Droga życia” w reżyserii Emilio Esteveza. – Fabuła była poruszająca, ale jeszcze mocniejsze wrażenie zrobiło na mnie przesłanie filmu – o drodze jako sposobie na spotkanie z samym sobą, pokonanie własnych ograniczeń i odkrycie życia – wspomina Łukasz Baszkiewicz.

Po powrocie do domu zaczął zgłębiać temat: czytał książki, dołączał do grup internetowych, poznawał historie pielgrzymów. Choć Camino wydawało się początkowo nierealne – ze względu na zdrowie, odległość i bariery językowe – myśl o wyprawie nie dawała spokoju. – Tęsknota narastała z każdym miesiącem – przyznaje.

Mały krok, wielki początek

Rok temu zrobił pierwszy, próbny krok – pięciodniowy fragment trasy z grupą. To doświadczenie tylko rozbudziło apetyt na więcej. Wtedy zapadła decyzja: ruszam sam, z Porto, trasą przybrzeżną. Wybór nie był przypadkowy – szlak wzdłuż oceanu oferuje nie tylko piękne widoki, ale też poczucie przestrzeni, wolności i łagodniejszy profil trasy.

Przez kilka miesięcy Łukasz Baszkiewicz przygotowywał się do wyprawy. Auto zostawiał na parkingu, do pracy chodził pieszo – 1,5 km w jedną stronę. Ćwiczył codziennie, odwiedzał fizjoterapeutę, robił pompki, wzmacniał plecy i nogi. Na dwa tygodnie przed wylotem rozpoczął marsze z plecakiem ważącym 8 kg, by przyzwyczaić się do obciążenia. – Nauczyłem się, że dobre buty i skarpety z wełny merino to podstawa. Bez tego nawet najpiękniejsza trasa może zamienić się w udrękę – dodaje z uśmiechem.

Strach przed startem

Choć był fizycznie przygotowany, nie brakowało obaw. – Do samego końca nie byłem pewien, czy polecę. Chciałem zrezygnować. Rozsądek podpowiadał: „odpuść”, ale serce wołało: „idź”. Pierwotnie planował iść z kimś, ale ostatecznie wyruszył samotnie. – Dziś wiem, że to nie był przypadek. Camino uczy, że samotność nie istnieje. Tam zawsze spotykasz ludzi, którzy stają się częścią twojej drogi.

Tuż przed wyruszeniem modlił się krótko: „Święty Jakubie, proszę Cię tylko o jedno – żebym doszedł do Santiago o własnych siłach. Mogą być bąble, mogą być kontuzje, ale chcę przejść tę drogę sam”.

Camino – droga ciała i serca

Przez 12 dni maszerował z plecakiem, poznawał ludzi, zmagał się z własnymi myślami i emocjami. – Camino to nie tylko kilometry. To droga serca, spotkanie z samym sobą i drugim człowiekiem – podkreśla. – Nie da się tego w pełni opisać – trzeba przeżyć. Szum oceanu, wschody i zachody słońca, rozmowy z nieznajomymi, którzy nagle stają się bliscy – to zostaje w człowieku na zawsze.

Teraz Łukasz Baszkiewicz dzieli się swoją drogą w mediach społecznościowych. – Ogromną radość sprawia mi, gdy ktoś pisze, że moje wpisy go zainspirowały. O to właśnie chodzi – by podzielić się tym, co prawdziwe. Camino to coś więcej niż turystyka. To podróż w głąb siebie.

Udostępnij:
REKLAMA