„Historia Oleśnicy to rozsypane klocki LEGO”. Remigiusz Szczuraszek o tropieniu tajemnic dawnego miasta
Panie Remigiuszu, jak zaczęła się Pana przygoda z odkrywaniem historii Oleśnicy?
To akurat bardzo ciekawa historia, bo wszystko zaczęło się jeszcze w gimnazjum. Chodziłem wtedy do Gimnazjum nr 2, czyli dzisiejszej Szkoły Podstawowej nr 7. Na jednej z lekcji historii omawialiśmy dzieje Wawelu. Pamiętam, że na ścianie klasy wisiał kalendarz ze zdjęciem oleśnickiego zamku. I nagle przyszła mi do głowy taka refleksja: uczymy się, kto zasiadał w Gnieźnie, kto władał z Krakowa, kto rządził Polską z Warszawy, a ja właściwie nie wiem, kto mieszkał w zamku, który codziennie mijam w drodze do szkoły.
Mieszkałem wtedy przy ulicy Wrocławskiej, więc siłą rzeczy często przechodziłem przez okolice zamku. Wróciłem do domu i zacząłem szukać. Wtedy trafiłem na obszerną stronę pana Marka Nienałtowskiego poświęconą historii Oleśnicy. Zatopiłem się w niej na kilka popołudni. Najpierw chciałem tylko sprawdzić, kto mieszkał w zamku, a po chwili czytałem już o całych dziejach miasta.
Przy stronie działało też forum internetowe, na które się zalogowałem i aktywnie uczestniczyłem w dyskusjach z innymi pasjonatami lokalnej historii. I tak powoli chłonąłem dzieje miasta, aż przerodziło się to w prawdziwą pasję.
Oleśnica to miasto o niezwykle bogatej i momentami burzliwej przeszłości – od czasów książęcych po trudny okres powojenny. Który wycinek z dziejów miasta fascynuje Pana najbardziej i dlaczego?
Oleśnica ma tyle ciekawych kart w swojej historii, że naprawdę trudno wskazać tylko jedną epokę.
Fascynująca jest już sama epoka Piastów oleśnickich, bo to wtedy ukształtował się zasadniczy rys miasta, który w dużej mierze widzimy do dzisiaj. Wiemy, gdzie jest zamek, rynek z ratuszem, kościół, mury obronne czy dawne bramy miejskie. To właśnie wtedy wyznaczono ten podstawowy układ Oleśnicy.
Później mamy Podiebradów, którzy bardzo mocno rozbudowali zamek i nadali mu bardziej reprezentacyjny charakter. Za czasów Wirtembergów pojawiają się z kolei takie postaci jak Angelus Silesius, Jerzy Bock czy Jan Sinapius, autor „Olsnographii”, czyli jednego z najważniejszych dzieł poświęconych historii Oleśnicy i całego księstwa.
Największy sentyment mam jednak do Oleśnicy z XIX i pierwszej połowy XX wieku. I znowu wracamy tutaj do forum działającego przy stronie pana Marka Nienałtowskiego. W tamtym czasie wypływało sporo niezidentyfikowanych zdjęć, rycin i widokówek przedstawiających dawne Oels. Ktoś wrzucał fotografię i pytał: „Czy ktoś wie, gdzie to było? Co to za budynek?”.
Jako młodemu człowiekowi sprawiało mi to ogromną frajdę. To była taka zabawa w Sherlocka Holmesa. Przeglądałem setki zdjęć, widokówek i planów miasta, porównywałem detale architektoniczne i próbowałem rozpoznawać miejsca, które dziś wyglądają zupełnie inaczej albo już nie istnieją.
Miałem w tym naprawdę spore osiągnięcia i wiele razy udawało mi się prawidłowo zidentyfikować przedstawione obiekty. To właśnie dawne widoki nauczyły mnie uważnie patrzeć na miasto. Bo z jednej fotografii można wyciągnąć naprawdę mnóstwo informacji: zobaczyć nie tylko budynki, ale też ludzi, życie ulicy, zmiany przestrzenne i atmosferę dawnej Oleśnicy.
Często dzieli się Pan swoją wiedzą z mieszkańcami. Jaka historyczna ciekawostka, zapomniany fakt lub niepozorne miejsce wywołało do tej pory największe zaskoczenie wśród samych oleśniczan?
Chyba największe zaskoczenie wywołał niedawno mój wpis dotyczący obrazów, które przed wojną znajdowały się w zamku oleśnickim. Okazało się, że w zamkowej kolekcji były dzieła artystów o światowej renomie, między innymi Antoine’a Watteau.
Po publikacji odezwało się do mnie sporo osób, które pisały, że wcześniej w ogóle nie miały o tym pojęcia i że sama historia jest niesamowicie ciekawa.
Cały czas nad tym pracuję. Próbuję identyfikować kolejne obrazy, ustalać ich dalsze losy i sprawdzać, czy zachowały się do dzisiaj. Nie jestem jednak ekspertem w dziedzinie historii sztuki, dlatego szukam pomocy u osób, które mają w tym temacie większą wiedzę.
Zauważyłem też, że mieszkańców bardzo interesuje historia ich najbliższego otoczenia. Gdy publikuję historię jakiejś przedwojennej kamienicy, ulicy albo budynku mieszkalnego, często odzywają się ludzie, którzy tam mieszkają albo mieszkali. W komentarzach opisują swoje wspomnienia i powojenne losy tych miejsc.
I to jest bardzo fajne, bo historia nie kończy się wtedy na archiwalnym dokumencie czy starym zdjęciu. Mieszkańcy dopisują do niej kolejne rozdziały.
Sam zresztą zaczynałem podobnie. Jednym z pierwszych tematów, które zacząłem zgłębiać, była historia kamienicy, w której mieszkałem. Myślę, że od takich bliskich człowiekowi miejsc najłatwiej rozpocząć zainteresowanie historią całego miasta.
Czy w trakcie Pana długich poszukiwań i analizowania starych dokumentów czy zdjęć natrafił Pan na zagadkę dotyczącą miasta, której do dziś nie udało się Panu do końca rozwiązać?
Oczywiście, że tak! Tylko od czego tu zacząć? Takich przykładów jest naprawdę sporo (śmiech). Jedną z takich zagadek jest los XVI-wiecznej drewnianej figury św. Jerzego z kościoła Najświętszej Maryi Panny i św. Jerzego. Przedstawiała świętego na koniu, który włócznią atakuje smoka.
Ostatni znany ślad prowadzi do 1929 roku, kiedy figurę pokazano na dużej wystawie we Wrocławiu. I później właściwie ślad się urywa. Nie wiadomo, czy wróciła do Oleśnicy, czy pozostała we Wrocławiu i zaginęła w 1945 roku, czy może trafiła jeszcze gdzieś indziej.
Postanowiłem jej poszukać. Kontaktowałem się z różnymi muzeami i archiwami, byłem między innymi w Muzeum Archidiecezjalnym we Wrocławiu, ale do dzisiaj nie udało mi się odnaleźć żadnego pewnego śladu. Być może rzeczywiście spłonęła podczas wojny, ale nie ma na to jednoznacznego dowodu. Dlatego cały czas nie tracę nadziei.
Zainspirowała mnie też historia odnalezienia dzwonu z kościoła św. Katarzyny w Bierutowie. Zacząłem więc szukać dzwonów z oleśnickich kościołów. Przeglądałem dokumentację dotyczącą tak zwanego cmentarzyska dzwonów w Hamburgu, gdzie podczas wojny zwożono dzwony przeznaczone do przetopienia. Na razie bez skutku.
Kościół św. Jerzego ma dziś jedyną niemą wieżę w Oleśnicy. Byłoby naprawdę pięknie, gdyby kiedyś znowu zabrzmiał z niej historyczny dzwon.
Próbuję też odnaleźć ślad paradnego miecza Podiebradów opisywanego na stronie Pana Marka, który kiedyś znajdował się w oleśnickim zamku. Jego późniejsze losy również są nieznane, a moje dotychczasowe poszukiwania nie przyniosły jeszcze odpowiedzi.
Nie chcę zasypywać przykładami, ale takich zagadek jest naprawdę dużo. Czasami żartuję, że historia Oleśnicy przypomina rozsypany zestaw klocków LEGO. Część konstrukcji już stoi i mniej więcej widzimy jej kształt, ale wielu klocków nadal brakuje. I właśnie tych brakujących elementów szukamy w archiwach, muzeach, dokumentach, a czasami w zupełnie niespodziewanych miejscach.
Podczas tegorocznego Oleśnickiego Festiwalu Cyrkowo-Artystycznego odnowiony zostanie jeden z historycznych murali w przestrzeni naszego miasta. Wiem, że bierze Pan udział w przygotowaniach do tego przedsięwzięcia. Proszę o tym opowiedzieć.
W przygotowania zaangażowanych jest naprawdę sporo osób. Moja rola, tradycyjnie już, dotyczyła głównie historii. Szukałem zdjęć przedstawiających dawne malowidło i materiałów, które mogły pomóc w jego odtworzeniu. Chociaż wszyscy mówimy o muralu, to ja trochę się z tym określeniem spieram, bo moim zdaniem odtwarzamy tak naprawdę historyczną elewację dwóch kamienic.
Razem z Marcinem Mrowickim, który podejmie się wykonania tej pracy, analizowaliśmy wszystkie szczegóły widoczne na dawnych fotografiach. Nie było to łatwe, bo część zdjęć jest niewyraźna. Trzeba było więc wejść głębiej w historię autorów, czyli Ryszarda Gachowskiego i Ryszarda Sokoła, żeby lepiej zrozumieć, co właściwie chcieli tam przedstawić.
Marcin chce też stworzyć film o obu artystach i ich muralach. Ja pomagam mu wyszukiwać wszelkie możliwe informacje na ich temat, czyli zajmuję się tak zwanym researchem (śmiech).
Udało nam się skontaktować z córką Ryszarda Sokoła i niedawno pojechaliśmy przeprowadzić z nią wywiad. Opowiedziała nam o swoim ojcu, jego twórczości i pozostawionych przez niego pracach. A co będzie dalej? O tym będziemy jeszcze informować.
Bardzo się cieszę, że mogę być jedną z wielu osób, które dokładają do tego swoją cegiełkę. Myślę, że efekt może być naprawdę wyjątkowy, bo wróci nie tylko samo malowidło, ale też fragment historii oleśnickiego rynku i pamięć o artystach, którzy je stworzyli.
Dlaczego z Pana – jako pasjonata historii – punktu widzenia ratowanie i odnawianie takich elementów jak stare murale czy dawne reklamy na murach jest tak istotne dla tożsamości Oleśnicy?
Bo takie malowidła nie są tylko ozdobą ściany. One są świadectwem konkretnej epoki i pokazują, jak kiedyś wyglądała przestrzeń miasta. W latach 60. i 70. murale były czymś bardzo charakterystycznym dla miast w PRL-u. Oleśnica mogła się pochwalić nie jednym, ale prawdopodobnie kilkunastoma takimi realizacjami. I część z nich tworzyli naprawdę uznani artyści.
Dzisiaj większość tych prac zniknęła. Jedne zostały zamalowane, inne zatynkowane, a jeszcze inne przepadły razem z przebudową albo wyburzeniem budynków. Dlatego kiedy udaje się taki element uratować albo odtworzyć, odzyskujemy nie tylko samo malowidło. Przywracamy też fragment wyglądu dawnego miasta i pamięć o ludziach, którzy je tworzyli.
To może być historia stosunkowo nam bliska, ale nadal jest to historia Oleśnicy. My przecież również współcześnie ją tworzymy. Kto wie, może te murale będą odpowiednio pielęgnowane, przetrwają kolejne 150 lat i kiedyś ktoś będzie je omawiał jako ważne dzieła sztuki naszej epoki?
Gdyby miał Pan nieograniczony budżet i mógł przywrócić dawny blask jednemu, dowolnemu zabytkowi, budynkowi lub detalowi architektonicznemu w Oleśnicy, co by Pan wybrał i dlaczego?
Hmm… oczywiście poruszamy się teraz w sferze marzeń, tak? (śmiech) Gdybym miał naprawdę nieograniczony budżet, to chyba nie skończyłoby się na jednym zabytku. Najchętniej przebudowałbym albo zastąpił wszystkie powojenne plomby i bloki, które moim zdaniem szpecą stare miasto. Wiem, że logistycznie byłaby to operacja prawie niewykonalna, ale skoro już bujamy w obłokach…
Gdybym jednak miał wskazać jedno miejsce, zacząłbym od domu handlowego na rynku. Pan Marek Nienałtowski broni architektów, którzy go zaprojektowali. Zwraca uwagę, że świadomie postawili tam niski, przeszklony pawilon, żeby odsłonić widok na bazylikę.
I ja rozumiem tę argumentację. Pana Marka darzę ogromnym szacunkiem, jest niemal moim mentorem, ale akurat tutaj mamy inne zdanie. Ja wolałbym odbudować w tym miejscu kamienicę i przywrócić dawną pierzeję rynku.
Zresztą w Oleśnicy mamy jeszcze kilka podobnych, parterowych pawilonów, które moim zdaniem można byłoby kiedyś nadbudować. Chociażby dawne studio fotograficzne za bazyliką czy pawilon przy ulicy Kilińskiego. To są atrakcyjne miejsca w centrum miasta i trochę szkoda, że ich potencjał nie jest w pełni wykorzystywany.
A skoro już jesteśmy w Oleśnicy moich marzeń, to zrobiłbym jeszcze coś bardzo kontrowersyjnego. Zdjąłbym z kolumny na rynku figurę Nike, ale samego pomnika bym nie usuwał. Na cokole umieściłbym herby czterech dynastii, które władały Oleśnicą, a na szczycie postawiłbym orła z naszego herbu, czyli Orła św. Jana. Wtedy byłby to pomnik opowiadający historię naszego miasta i bardziej pasujący do tego miejsca.
A co zrobić z Nike? Drugi oryginalny odlew znajduje się w Domu Spotkań z Historią, więc obie figury można byłoby wykorzystać na przykład do stworzenia symbolicznej bramy prowadzącej w stronę zamku.
Ale podkreślam: to są całkowicie utopijne wizje Oleśnicy moich marzeń. Gdy ktoś daje mi nieograniczony budżet, trudno oczekiwać, że skończę na odnowieniu jednej elewacji (śmiech).
Jakie są Pana najbliższe plany związane z dokumentowaniem historii Oleśnicy? Gdzie mieszkańcy będą mogli śledzić Pana kolejne odkrycia i inicjatywy?
Na razie wszystkie swoje odkrycia i ciekawostki publikuję na Facebooku, ale jest szansa, że wkrótce dołączy do tego kolejne medium, czyli YouTube. Wraz z kolegą jesteśmy na etapie pisania scenariuszy do filmów poświęconych ciekawostkom z historii Oleśnicy. Dwa scenariusze są już gotowe. Gdy napiszemy trzeci, spróbujemy nagrać wszystkie trzy filmy.
Później sami ocenimy, czy efekt jest na tyle dobry, żeby je pokazać mieszkańcom. Jeżeli uznamy, że warto, będziemy starali się publikować kolejne materiały cyklicznie.
Facebook stał się dziś takim wielkim, globalnym forum społecznościowym, ale wraz z jego rozwojem umarło nasze dawne forum działające przy stronie olesnica.org. Trochę nad tym ubolewam, bo właśnie tam można było prowadzić długie dyskusje i wspólnie rozwiązywać historyczne zagadki.
Niektóre historie są też na tyle rozbudowane, że trudno skrócić je do facebookowego wpisu, który będzie lekki i przyjemny do przeczytania. Dlatego chciałbym spróbować opowiadać o nich w formie filmów, pokazując przy okazji archiwalne zdjęcia, dokumenty i miejsca, których dotyczą. Czy to się uda? Zobaczymy. Na razie proszę wszystkich o trzymanie za nas kciuków!
Oleśnica posiada ogromny i bardzo różnorodny bagaż historyczny. Czy Pana zdaniem miasto odpowiednio wykorzystuje tę historyczną tożsamość do budowania swojej marki i przyciągania turystów?
Moim zdaniem nie do końca. Mam wrażenie, że od lat zbyt kurczowo trzymamy się określenia, że Oleśnica jest sypialnią Wrocławia. Oczywiście jesteśmy miastem satelickim i dobre połączenia z Wrocławiem są bardzo ważne. Ale to nie znaczy, że mamy budować rozwój miasta właściwie tylko wokół dojazdów do pracy. Oleśnica ma przecież własną historię, zabytki, ludzi i charakter. Nie jesteśmy skazani na to, żeby być tylko miejscem, z którego rano się wyjeżdża, a wieczorem wraca.
Gdy spojrzymy na to, czym Oleśnica jest dziś promowana, mamy OFCĘ, czyli festiwal stworzony oddolnie przez mieszkańców. Mamy zamek, który należy do Skarbu Państwa i jest zarządzany przez Ochotnicze Hufce Pracy. Mamy również fundację, KACHNY, dzięki której można zwiedzać bazylikę i poznawać jej historię. To są bardzo wartościowe inicjatywy, ale pojawia się pytanie: gdzie w tym wszystkim jest samo miasto i jego własny, konsekwentny pomysł na promocję historyczną?
Oczywiście miasto dokłada swoją cegiełkę do realizacji wielu z tych przedsięwzięć i tego nie można mu odbierać. Brakuje mi jednak typowo miejskiej, rozpoznawalnej inicjatywy, która od początku do końca opierałaby się na promocji historii i dziedzictwa Oleśnicy.
Mamy Oleśnicki Dom Spotkań z Historią czy galerię w Bramie Wrocławskiej, ale mam wrażenie, że ich dostępność bywa trochę na chybił trafił. Raz można wejść i zwiedzać, a innym razem nie. Turysta powinien mieć pewność, że przyjeżdżając do Oleśnicy, zastanie otwarte miejsca, wyznaczoną trasę i konkretną ofertę, a nie będzie liczył na szczęście.
Szkoda też, że niektóre pomysły i inicjatywy są czasem oceniane przez pryzmat tego, kto je zgłasza i z jakiej jest opcji politycznej. A przecież Oleśnica jest czymś znacznie większym niż bieżąca polityka. Jeżeli ktoś ma dobry pomysł dla miasta, to warto go wykorzystać niezależnie od partyjnych barw. Nie twierdzę, że nic się nie robi. Uważam jednak, że przy tak bogatej historii wykorzystujemy dzisiaj tylko niewielką część potencjału, jaki Oleśnica naprawdę posiada.
Zamek, mury obronne czy kościoły to jedno, ale tożsamość miasta kryje się też w detalach. Czy uważa Pan, że w dzisiejszej, rozwijającej się Oleśnicy odpowiednio dba się o historyczny kontekst przy nowych inwestycjach i rewitalizacjach?
To jest bardzo trudne pytanie, bo wszystko zależy od konkretnej inwestycji. Mamy w Oleśnicy przykłady, które oceniam bardzo dobrze. Ostatni remont murów obronnych uważam za udany, podobnie jak prace przy kościele NMP i św. Jerzego. Przy murach nareszcie zastosowano cegłę nawiązującą wyglądem do dawnego materiału, a nie współczesną cegłę, która mocno odcinałaby się od historycznej części.
Bardzo dobrze odnowiono też budynek dworca, chociaż akurat była to inwestycja PKP, a nie miasta.
Są jednak również przykłady, przy których historyczny kontekst miejsca potraktowano moim zdaniem zbyt luźno. Tak odbieram chociażby nowy żłobek przy ulicy Kazimierza Wielkiego.
Oczywiście sam żłobek był potrzebny i nie kwestionuję jego funkcjonalności. Architektonicznie jest to jednak niski, bardzo nowoczesny, niemal futurystyczny budynek, który mocno odbiega od otaczającej go zabudowy i krajobrazu tej części miasta. Mam wrażenie, że można było zaprojektować go równie funkcjonalnie, ale jednocześnie trochę lepiej wpisać w otoczenie.
Najbardziej ubolewam jednak nad remontami kamienic. Rozumiem, że wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe często nie mają odpowiednich środków, ale czasami efekty są naprawdę dziwne. Pojawiają się bardzo fikuśne, przypadkowo dobrane kolory, które nie pasują ani do samej kamienicy, ani do sąsiednich budynków.
Innym problemem jest ocieplanie elewacji w taki sposób, że znikają stare detale architektoniczne. Tak stało się chociażby przy części kamienic przy ulicy Poniatowskiego. Oczywiście mieszkańcy chcą mieć cieplej i płacić mniej za ogrzewanie. To jest całkowicie zrozumiałe. Szkoda jednak, kiedy wygoda i oszczędność osiągane są kosztem wyglądu i charakteru budynku.
Moim zdaniem jedno da się pogodzić z drugim. Trzeba tylko już na etapie projektu myśleć nie wyłącznie o ociepleniu, ale też o zachowaniu albo odtworzeniu detali.
Takich przykładów jest w Oleśnicy sporo, chociaż oczywiście nie jest to problem wyłącznie naszego miasta. Czasami wystarczyłby po prostu lepszy projekt i większa wrażliwość na otoczenie, żeby nowoczesność nie musiała oznaczać całkowitego odcięcia się od historii miejsca.
Gdyby mógł Pan doradzić władzom miasta jedną, konkretną zmianę lub inwestycję, która najlepiej wyeksponowałaby historycznego „ducha” Oleśnicy, co by to było?
Doradziłbym władzom miasta, żeby nie bały się pomników, rzeźb i detali architektonicznych nawiązujących do historii Oleśnicy.
Bo gdy tylko pojawia się taki pomysł, od razu słyszymy: „Są ważniejsze rzeczy”, „brakuje parkingów”, „drogi są dziurawe”. Tylko że to jest argument prowadzący donikąd. Ważniejsze potrzeby będą zawsze, a drogi zawsze trzeba będzie remontować, bo zwyczajnie się zużywają.
Nie jesteśmy już krajem na dorobku, który musi ograniczać się wyłącznie do budowy podstawowej infrastruktury. Mamy 2026 rok i warto zacząć poważnie myśleć również o estetyce, tożsamości i promocji własnego miasta.
Na rynku mogłaby się pojawić choćby makieta przedwojennej Oleśnicy, pokazująca kamienice i pierzeje, których dzisiaj już nie ma. Można byłoby również zmodernizować rynkową fontannę i nadać jej formę bardziej związaną z historią miasta, na przykład wykorzystując motyw dawnego hełmu wieży ratuszowej, którego forma narodziła się właśnie w Oleśnicy. Takie elementy nie są tylko zbędną ozdobą. Mogą stać się atrakcją turystyczną, symbolem miasta i początkiem ciekawej opowieści o jego historii.
Im lepiej miasto się promuje, tym więcej przyciąga turystów. Pojawiają się nowe miejsca pracy i dodatkowe wpływy do lokalnego budżetu. Trzeba więc szukać sposobu, a nie powodu, dla którego znowu czegoś nie da się zrobić.